Chcąc odszukać pewien komentarz w jednym z tygodników, odwiedziłem warszawską bibliotekę miejską przy ul. Koszykowej. Nie byłem tam od lat studenckich, kiedy bywałem w niej częstym gościem. Wszedłem jakimś wejściem do znanego mnie niegdyś dobrze budynku i przewędrowałem parter oraz dwa piętra w poszukiwaniu czytelni. Nie znalazłszy, zacząłem stukać do kolejnych pokoi w poszukiwaniu informacji. „Przestukałem” tak kilkanaście: wszystkie były zamknięte.
Przechadzając się po tym pałacu duchów (budynek jest wielce sympatyczny) zobaczyłem pokój informatyków, zastukałem i rzeczywiście znajdowali się w nim żywi ludzie. Jeden z nich uprzejmie wyprowadził mnie z budynku, pokazał następny – pseudonowoczesny – w którym znajdować się miała m.in. czytelnia.
I była – na czwartym piętrze, zgodnie widać z inteligencją biurokratyczną, która (podobnie jak modna dzisiaj inteligencja emocjonalna) nie ma wiele wspólnego z inteligencją bezprzymiotnikową.
Wdrapałem się na owo czwarte piętro (winda była jedna i oczywiście zepsuta), czując jak zaczyna mnie się podnosić poziom irytacji. W czytelni było zaledwie kilka osób, głównie emerytów. Wypełniłem druczek z tytułem czasopisma oraz odpowiednimi latami, które mnie interesowały – i dowiedziałem się, że nie mogę przeczytać owego czasopisma bez otrzymania... karty czytelnika.
Wściekłem się i poprosiłem o jakiegoś dyrektora czy innego zwierzchnika (no może nie odpowiedzialnego, bo tego w naszej administracji trudno się doszukać nie tylko w bibliotece, ale przynajmniej zawiadującego odnośnym urzędem). Przyszedł i zapytałem go, jaki jest cel takich biurokratycznych operacji, jak karta czytelnika, gdy przyszedłem tu po trzydziestu czy czterdziestu latach i być może więcej nie przyjdę. Zresztą karta czytelnika nie jest potrzebna do czytelni na miejscu nikomu, nawet tym, którzy przychodzą tam codziennie (każdy może zostawić jakiś dokument: legitymację studencką czy emerycką, jak to zwykle bywa gdzie indziej).
Pan dyrektor zmierzył mnie z wyższością wzrokiem i powiedział, że zgodnie z przepisami o bibliotekach naukowych każdy musi wyrobić sobie kartę czytelnika. Już byłem gotów wypełnić jeszcze jeden świstek, gdy dowiedziałem się, że muszę się udać do odpowiedniego działu na I piętrze, a potem wdrapać się znowu na IV piętro, żeby wreszcie przeczytać owo czasopismo.
Machnąłem ręką na owe sześć kolejnych pięter do przebycia, bibliotekę miejską i jej dyrektora i pojechałem do biblioteki uczelni, którą miałem po drodze. Roczniki dostałem błyskawicznie (nikt nie zapytał mnie o kartę czytelnika, nawet nie chciano ode mnie żadnej legitymacji). Po godzinie było po wszystkim.
Powyższe perypetie wywołują dwa pytania. Pierwsze dotyczy młodzieży, która czyta zbyt mało (poza ekranem komputera) i głowimy się wszyscy, jak ją zachęcić do czytania książek i czasopism. Otóż, patrząc z tego punktu widzenia, takie biblioteki, jak opisywana przeze mnie, nie tylko młodzieży do czytania nie zachęcą, ale raczej odstraszą.
I po drugie, skoro mamy podobno kryzys, to warto zastanowić się nad sensem istnienia gigantycznej biurokracji bibliotecznej zajmującej kilkadziesiąt pokoi, która – zgodnie z Prawem Parkinsona – żyje własnym życiem, bez potrzeby świata zewnętrznego. Wydaje się, że dla zaspokojenia potrzeb owych emerytów wystarczą cztery osoby: dwie na sali na zmianę, ktoś katalogujący to, co przychodzi, przynoszący czasopisma czy książki i szatniarz. Na pewno wyjdzie znacznie taniej...
---------------
Prof. Jan Winiecki jest członkiem honorowym Stowarzyszenia KoLiber.Tekst ukazał się pierwotniena stronie autora.
Komentarze
Pokaż komentarze (5)