Mirt populizmu, po transferze do PiS elektoratu socjal-rolniczego i socjal-narodowego, zaczął dzierżyć Jarosław Kaczyński. Choć od dwóch lat w czołowych mediach, przestawiany był jako populista, to dopiero przed wyborami z całą mocą, widać było jego egalitarny populizm. Ten anty-establishmentowy odłam szczególnie widać w reklamówce „Morda ta moja”, gdzie przeciętny Polak mógł ujrzeć anturaż, w którym obraca się elita spasionych krezusów. Ale i równie zręcznym i przebiegłym populistą, który z kolką godną zastępuje nieboszczyków z Samoobrony i Ligi Polskich Rodzin jest … Donald Tusk. To pionier populizmu uśmiechów.Czym jest ów populizm uśmiechów ? To przekonywanie ludzi, że w Polsce przez 2 lata Kaczory rządziły źle, bo miały posępne miny, zaciśnięte usta i brak pogody ducha na twarzy. Antidotum na te bolączki jest właśnie populizm uśmiechów, polegający na roztaczaniu aury powszechnej idylli, wzbudzaniu zaufania i rozbudzaniu miłości wśród społeczeństwa. Ta recepta na poprawę losu Polaków, rozgrywających między sobą dogrywkę wojny na górze przez dwa lata rządu PiS, wydaje się źle wypisana i infantylna.
Bo Donald Tusk, jak każdy populista szuka wroga, którego musi wskazać społeczeństwu i czaruje ludzi obietnicą kolejnych cudów, czy chociaż poprawy atmosfery w kraju i za granicą. Chyba najlepszym recenzentem tej koncepcji polskiego premiera, jest jego niedawny towarzysz drogi w Platformie – Jan Rokita. Stwierdził on, że Polacy przestali domagać się potrzebnych reform w państwie, czegoś co poseł Rokita nazywał „szarpnięciem cugli.” Zamiast tego znużeni dwuletnią nawalanką rząd-opozycja zapragnęli miłości i spokoju, którego depozytariuszem w wyniku przedwyborczych nastrojów został Donald Tusk.
To jednak krótkotrwałe zauroczenia takim liderem przez Polaków. Bo choć uśmiechy rozsyła w Polsce z powodzeniem, co potwierdzają kolejne sondaże badań opinii publicznej, to już gorzej z nimi za granicą. Co prawda cała Unia Europejska zapewniła go, że jest prawdziwym Europejczykiem, wręczając mu całe tony certyfikatów „CE”, to owoce tych wizyt nie są już tak optymistyczne. Nie udała się zarówno misja specjalna prof. Bartoszewskiego w Niemczech, a także próba wyjścia z inicjatywą budowy Muzeum II Wojny Światowej. Niemcy wyraźnie zbywają zalotne uśmiechy Donalda Tuska i twardo obstają przy swoim. Szpada uśmiechu została też skierowana na Moskwę, wraz z ultimatum: My wam OECD, wy nam embargo. Na razie nie słychać jednoznacznej odpowiedzi z kręgów dyplomacji rosyjskiej. Nie chodzi mi o krytykę posunięć polityki zagranicznej Donalda Tuska. Bo sporo posunięć min. Fotygi, łącznie z całym stylem było fatalnych. Być może z czasem tzw „Realpolitik” się sprawdzi, i Polska osiągnie coś więcej. Nie jest to przecież powrót do czasów, kiedy Polska na wszystko się godziła i jakakolwiek próba wyłamania się z ustanowionego ponad jej głowami konsensu kończyła się szyderstwem i kpinami. Przykładem może być lekceważąca wypowiedź Chiraca: „Polska straciła właśnie okazję, aby siedzieć cicho”. To najlepszy znak jakości dla polskiej polityki zagranicznej lat 90., chóralnie bronionej przez liberalno-lewicowe media. Tusk musi więc doskonale zdawać sobie sprawę, że wyznacznikiem dobrej polityki zagranicznej nie jest udawana przed kamerami sympatia bonzów z Brukseli i okolic, miłe poklepywanie po klapach marynarki, a konkretne korzyści, jakie Polska, w tym czasie osiągnie i status Polski na arenie międzynarodowej. Jednakże nie jako państwa potulnego, a z pasją i zaangażowaniem broniącego swych interesów narodowych. Bo jest póki co premierem Polski , a nie europejskiego superpaństwa.
Populizm uśmiechów musi szybko zastąpić rzeczywista polityka, oparta na silnym rządzeniu, a nie postpolitycznym zarządzaniu. Donald Tusk przepełniony kiczowatą miłością, nie będzie w stanie skopiować choćby części liberalnych rozwiązań Margaret Thatcher czy Marta Laara. Bo do nich nie jest potrzebne miękkie i czułe serduszko, a twarda i żelazna ręka.


Komentarze
Pokaż komentarze (18)