Projekt adaptacji Strażników, komiksu, do którego scenariusz stworzył Alan Moore, a do plastycznej rzeczywistości przeniósł inny znany w branży „opowieści obrazkowych” twórca, Dave Gibbons, przy udziale John’a Higgins’a , był odkładany wiele lat. Było to bez wątpienia zastanawiające z powodu ogromnej popularności serii wśród koneserów komiksu i powszechnej opinii „perełki” w swoim gatunku. Jednakże „Strażnicy” nie są jedynie bardzo dobrą historią, ale też zjawiskiem wybitnym narracyjnie i plastycznie. Ukazanie adaptacji komiksu, który zyskał powszechnie miano „nie do nakręcenia” ( nadane z resztą przez samego twórcę), było zadaniem wręcz karkołomnym. Ostatecznie jednak filmowa realizacja Strażników nie pozostała w sferze planów i w 2007 roku podjął się jej Zack Synder, reżyser osławionych 300.
Grupa tytułowych bohaterów żyje w alternatywnej historycznie Ameryce lat 80. Zegar odmierzający czas od zagłady świata wskazuje godzinę za pięć dwunastą, gdyż nad ziemią wisi widmo konfliktu nuklearnego miedzy ZSSR i Stanami Zjednoczonymi. Jednakże okres popularności i społecznego szacunku dla Strażników dawno przeminął, a wraz z dekretem zakazującym zwalczanie przestępczości na własną rękę uchwalonym przez prezydenta Nixona musieli oni zawiesić swoją działalność i „odejść na emeryturę”. Pozornie ułożone życia komplikują się, gdy zamordowany zostaje, jeden z dawnych obrońców ludzkości, Komediant, a wszystko wskazuje, że to zdawać się może nic nie znaczące morderstwo jest jednak jednym z elementów intrygi na światową skalę.
Bohaterowie ukazani w filmie są obdarci z utopijnego mitu o szlachetności i bezinteresownym pragnieniu dobra innych. Funkcja społecznych protektorów, jaką pełnili przez lata była dla nich jedynie możliwością zrealizowania swych sadystycznych popędów, lekiem na kompleksy, zemstą nad rzeczywistością lub dobrym biznesem. Komediant, Ozymandiasz, Roschach czy Doktor Manchatan, nie są jednoznaczni w swoich zachowaniach, widz, nie może ich osądzić ani negatywnie ani pozytywnie. Każda z prezentowanych sylwetek jest swoistym studium psychologicznym, a historia życiowa wymaga rozległego komentarza i analizy. Nie tylko bohaterowie pozbawieni zostali utopijnej aureoli do jakiej przyzwyczaił nas rycerski archetyp, ale też miotające nimi uczucia jak nienawiść, miłość czy przyjaźń zaprezentowane są jako niejasne, niejednoznaczne i skomplikowane czynniki motywujące nasze działania.
Gra aktorska jest na wystarczającym poziomie, nie można wyróżnić wybijającej się na pierwszy plan kreacji, bo nie o to właściwie chodziło w adaptacji Syndera. Osobowość postaci zbudowana jest przede wszystkim dzięki dobrym dialogom, fabule i retrospekcjom prezentującym skrawki tajemnic bohaterów. Wizualność filmu nie pozostawia zastrzeżeń. Nie można zapominać, że film jest stworzony w konwencji komiksowej stąd jaskrawe odcienie kolorów, nawet błyszcząca, komputerowo spreparowana krew znajduje swoje wytłumaczenie. Efekty specjalne w filmie są liczne, jak na przykład ognisty wybuch dodatkowo zaznaczony zwolnieniem kamery, czy konstrukcja siedziby Dr-a Manhatana na Marsie, lecz stanowią one jedynie konsekwencje przeniesienia komiksu na kinowy ekran, nie znacząc zbyt wiele w odbiorze filmu, stąd niektóre zdają się wręcz niepotrzebne. Groteska rzeczywistości została zarysowana finezyjnie, lecz czytelnie, zwłaszcza w momentach walki, kiedy całą realność budowana poprzez psychologizację charakterów styka się w bójkach z bryzgającą krwią i popisowymi uderzeniami. Synder w przeciwieństwie do jednego z bohaterów Roschach’a postanowił iść na kilka kompromisów względem swego dzieła. Z racji jego długości zrezygnował z paru scen, co w oczach fanów komiksu było swoistą profanacją, a niezaznajomionym z oryginałem widzom zagmatwał przejrzystość niektórych wątków. Moim zdaniem, jednak uległość wobec kinowego ekranu okazała się całkowicie słuszna w zmianie konwencji kulminacyjnego wydarzenia, nadając opowieści złowieszcze widmo prawdopodobieństwa.
Pochwała dla twórców filmu należy się również za niesamowitą muzykę wtórującą poszczególnym obrazom. Niekiedy dobór repertuaru wynika z gry symboli, jak utwór„Sound of Silence”, rozbrzmiewający w chwili pogrzebu Komedianta, gdy na cmentarz padają dwa cienie wież WTC, innym razem muzyka w danych scenach jest wręcz przerysowana, przykładowo twórcy kpią z potęgi Jon’a kroczącego przy wtórujących mu dźwiękach Walkirii przez wietnamskie pola. Ścieżka dźwiękowa prowadzi swój osobny dialog z widzem, niekiedy zaznacza tragizm człowieczeństwa, jednostki w zmilitaryzowanej rzeczywistości, czy też, innym razem narzuca odbiorcom ironiczny pogląd na losy ludzi-herosów, piętnując imagologów odpowiedzialnych za ich fałszywy wizerunek.
Nie można jednak zapominać, iż główna przyczyna wyjątkowości dzieła tkwi w scenariuszu, a nie w jego ( chociaż naprawdę dobrej) realizacji. Mroczny thriller o losach ludzkości, czyta się z kinowego ekranu niczym Finnegans WakeJoyce'a, gdyż można się w nim doszukiwać wręcz mnogości dróg interpretacyjnych, na przykład z łatwością dopatrujemy się degeneracji amerykańskiego snu, czy krytyki obojętności „sił wyższych” w obliczu ludzkich cierpień. To co naprawdę jest godne uwagi w Watchmen’ach Syndera, to fakt, że są oni właściwie pytaniem o kondycje świata i człowieka, o jego moralność i humanitaryzm, zaprezentowanym niekonwencjonalnie bo w opowieści o super-bohaterach, która z założeń kulturowych miała szerzyć utopijny obraz rzeczywistości. Synder pomimo niuansów podołał swoim założeniom i bez wątpienia w pełni oddał w ręce widzów serce całej historii. Bez wątpienia nie jest ono odpowiednie dla poszukiwaczy wieczornej rozrywki, nastawionych na jasną, szybką akcję i jednoznaczne zakończenie. Niezadowolenie odczują zapewne również koneserzy dramatów z wyraźnie wpisanym przesłaniem i sformułowanymi frazami o ogólnoludzkiej tematyce. Reasumując, wszystkim innym, oczekującym od kina „czegoś więcej” polecam hybrydowe, głębokie dzieło, zastanawiające w swoim przesłaniu i bez wątpienia nieprzeciętne!
O. P



Komentarze
Pokaż komentarze (1)