1 listopda - dzień Wszystkich Świętych. Dla mnie jedno z najważniejszych chrześcijańskich świąt. Jedno z najpiękniejszych - bo dotyka istoty bycia... człowiekiem. Szczególnie w dobie kryzysu - i nie mam tu na myśli jedynie ogólnoświatowego kryzysu finansowego - bo on jest zupełnie wtórny i zupełnie innego wymiaru niż ten, który dotknął i dotyka sumienia człowieka XXI wieku...
Na początek jedno tylko zastrzeżenie: Wszystko, co tu napiszę, będę pisał raczej z pozycji grzesznika aniżeli świętego... Więc proszę mnie nie potępiać.
Sam na sobie czuję głębokie piętno kryzysu moralnego. Zresztą prawodopodobnie każdy chrześcijanin - jak i wyznawca każdej innej religii, traktujący ją poważnie - który ma świadomość tego, kim jest a kim być powinien - który ma świadomość własnej ograniczoności i jakiejś tajemniczej niekompletności wewnętrznej, która domaga się uzupełnienia Kimś transcendentnym, czuje w sobie wewnętrzne przynaglenie do bycia świętym - nie tyle doskonałym, co właśnie świętym. Osobiście od momentu, kiedy kilkanaście lat temu wróciłem do Kościoła jako ktoś świadomy po-wołania chrześcijańskiego (brzmi patetycznie, ale nie potrafiłem innymi słowy tego wyrazić ;)) czczę relikwie świętych - których mam kilkanaście - zarówni I, II i III stopnia. I mógłbym tu przytoczyć dla ich obrony wiele sytuacji, w których odczułem realne "świętych obcowanie"... Bo szacunek dla relikwii świętych, to nie tylko średniowieczny "święty" zwyczaj, ale także możliwość dana Świętym do zaistnienia w naszej codzienności - choć nie jest to warunek sine qua non zbawienia...
W każdym bądź razie, Święci i kryzys - ten moralny i ten finansowy, o którym notabene w polskich mediach mówi się jedynie przez palce, walcząc najczęściej - i w dalszym ciągu - przede wszystkim z polityczną opozycją, ale mniejsza o to - przynajmniej dziś - to dwa bieguny tej samej, ziemskiej bytności... Święci to właśnie ludzie kryzysu. Każdy z nich przeszedł w swoim życiu przez bardzo osobisty "ogień oczyszyszczenia". To właśnie Święci najdosadniej i bezpośrednio doświadczali nie tylko obecności Boga, ale również Szatana. Ba, częściej mierzyli się z materialną obecnością Złego, aniżeli widzieli Boga" twarzą w twarz" (bowiem takie oglądanie jest przeznaczone dla wspólnoty świętch w Niebie). Tylko świętość nie lęka się Złego - tylko świętość jest gotowa na przemianę zła w dobro. Przykłady? Krzyż jako Zbawienie. Śmierć jako Zmartwychwstanie. Kryzys jako Świętość.
Współczesny kryzys ekonomiczny to jedynie pokłosie kryzysu moralnego. Życia "tak jakby Boga nie było". Wg Tomasa Halika, czeskiego kapłana, filozofa i teologa, ludzie nie dzielą się na wierzących i niewierzących - ale na tych,dla których Bóg jest ciągłym momentem zastanowienia i poszukiwania i tych, którzy wobec problemu istnienia Boga są obojętni... Święci to święci grzesznicy. To grzesznicy uświęcani przez obecość Boga - to święci świadomi takiej możliwości, w której Bóg dla kogoś nie istnieje. Można to udowodnić na przykładzie prównania ze sobą dwóch wyjątkowych i diametralnie różnych ludzi z tej samej epoki:
F. Nietzsche i św. Tereska z Lisieux - oboje z dwóch różnych "światów". Pierwszy intelektualista i ateista - druga prosta dziewczyna z prostą "małą dróżką" do świętości. I choć wychowali się w podobnym klimacie kulturowym im współczesnej Europy, ze swoimi zawirowaniami i nadziejami na nowoczesność, reagując na nie zupełnie inaczej, to jednak oboje tłumaczą się niejako "sobą nawzajem". "Śmierć Boga", którą ogłosił Nietzsche to nie tyle śmierć metafizyczna Bytu Absolutnego (taka zresztą w świetle filozofii bytu mieć miejsca nie może, bowiem "bycie absolutem" wyklucza jakąkolwiek niedoskonałość - łącznie z tą największą: niebytnością), ile raczej uświadomienie sobie, że faktycznie można żyć bez perspektywy istniejącego Boga. Św. Tereska zaś - po okresie młodzieńczej, można by rzec naiwnej i radosnej wiary w Boga - w ostanim okresie swojego życia doświadczyła "nieobecności i milczenia Boga" porównywalnego do tego, czego doświadczali ateisci - a wśród nich Nietzsche. W "ciemnych nocach" - na wzór "ciemnych nocy" św. Jana od Krzyża - jednoczyła się z niewierzącymi. I jak sama wyznała tuż przed śmiercią, doświadczenie odstąpienia od niej Boga było na to, aby nie tylko uświadomić sobie problem niewierzącyh, którzy naprawdę istnieją w przestrzeni bez Boga, ale nade wszystko po to, aby pozostać z nimi solidarną. I paradoksalnie Nietzsche zrobił dla chrześcijaństwa niesłychanie dużo dobrego - podobnie, jak ci naukowcy-ateiści, którzy chcąc udowodnić mityczność postaci Jezusa Chrystusa, udowodnili nie raz jego historyczność. Nietzsche pisząc o "nieobecności Boga" chciał sobie współczesnym udowodnić, że istnieje świat bez Boga - a jaki to jest świat,to już inna "bajka"... Świat "przewartościowany" - bo świat bez Boga domaga się "przewartościowania"...
Obecny kryzys moralny to nic nowego na kartach historii ludzkości. Zdarzał się już nie raz podobny - żeby tylko wspomnieć upadek Imperium Rzymskiego czy "oświeceniowe, rozumowe reformy" Rewolucji Francuskiej, które pozostawiły po sobie ocean krwi niewinnych i gruzy ideologii wczesnego modernizmu... Kryzys finansowy jest tylko zewnętrznym pierścieniem kryzysu sumień, którym wmówiono "róbta, co chceta" - którym wmówiono kult rozumu i samego siebie - autouwielbienie i autosoteriologię. Niestety - albo i stety - po raz kolejny ludzkość musi go przerobić i poczuć niezwykle osobiście - aby już nie tyle zrozumieć, co raczej dokonać wyboru, obudzić w sobie wolitywność ufającą nie tylko sobie, ale najpierw Temu, któremu zaufali ludzie Bosko ludzcy - święci...
PS. Czytając właśnie Drogę na Górę Karmel św. Jana od Krzyża, natknąłem się na świetny fragment (potrakotwałem to jako "świętych obcowanie"): Słowa sukcesywne, pochodzące od złego ducha, również dlatego trudno jest rozpoznać, że czasem napełnia on (Zły) duszę fałszywą pokorą i rozbudza w niej gorliwość opartą na miłości własnej. Zawsze jednak pozostawia wolę oziębłą w miłości Bożej oraz ducha skłonnego do miłości własnej i do próżności.Czyż cytat ten nie pasuje do moralnej kondycji współczesnego, "nowoczesnego i racjonalnego" człowieka? Mam tu na myśli nie tylko "złych" ateistów - których nigdy nie wolno nam z góry ocenić ani tym bardziej potępić, bo nie my potępiamy, ale Szatan, lecz także tych wierzących, którzy są tak bardzo pewni Boga, że już zdają się nie potrzebować ani wiary, ani... Boga. Pewność w wierze to już nie wiara a jedynie ludzka zuchwałość - to tak na marginesie vel w przypisach - i chyba bardziej do siebie niż do Państwa...


Komentarze
Pokaż komentarze