Powoli zbliżają się Święta Bożego Narodzenia. Stwierdzenie to jest nazbyt oczywiste - ale czy na pewno? Czy ludzie jeszcze wiedzą do czego się przygotowują(tzn. po co myją okna i robią ciasta)? Co będą niedługo świętować? Kto się urodził? Kto się urodzi? Czy to jedynie jakaś tradycja: choinka, jakiś Mikołaj (podobno święty, ale mało kto wie dlaczego) i jakiś żłóbek czy coś w tym stylu...
Kiedyś świat był prawopodobnie prostszy. Ludzie byli bliżej siebie. Prawdopodobnie mieli więcej czasu dla siebie. Kochali inaczej, choć tą samą miłością. Tęsknili podobnie, choć i tak jakby bliżej siebie: Bez pośrednictwa Smsów, Facebooka, Twittera, Bloggera, NK, sratata itd. itp. etc.
Ci sami ludzie ten świata zmienili. A raczej ci sami ludzie siebie zmienili, narzekajac teraz, że to świat się zmienił. I nie chodzi mi o to, że media i technika to coś złego. Wręcz przeciwnie. To dowód na inteligencję i nadzwyczajność człowieka. Jednak ten człowiek schował się za klawiaturą, telefonem, padem, podem itd. itp. etc. I nadal twierdzę, że ta cała plastykowo-elektroniczna nowoczesność to nic złego - to dobro. Lecz o człowieka mi chodzi - o osobę ludzką. O jej dobro.
Ja, ty - my, każdy odczuwa w sobie, że jest - mimo całego tego konsumpcjonizmu i innych patologicznych "-izmów" - bardziej "kimś" niż "czymś". Przynależymy do świata zwierząt, ale jednak to nie on definiuje istotę naszego człowieczeństwa. Człowiek jest bytem nie-skończonym - niedopowiedzianym; nie w całości materialnym, nie w całości matematyczno-przyrodniczym.
W centrum każdego człowieka, w centrum każdego wydarzenia - w centrum kosmosu stoi człowiek. Nie jest to zarozumiały antropocentryzm, ale humanistyczny realizm. Osoba ludzka jest "w" i jest centrum, ponieważ umieścił ją tam Stwórca. I choć dziś różnie się Go (Boga) nazywa, to dla osoby ludzkiej ma On szczególne imię: Jezus Chrystus. Bóg, który stał się człowiekiem. Konkretnym i historycznym człowiekem. Żył w konkretnym czasie i konkretnej przestrzeni. Nie jest mitem - nie jest bajką. Jest Kimś.
Jednak jakich tu dalej słów użyć, skoro Bóg Słowo Swe uczynił Ciałem?
Czy Bóg mieszka w Niebie, czy na ulicy? A może w Niebie też są ulice? A może bez ulic nie ma Nieba?
A może to włąśnie niememu cierpieniu bezdomnych na ulicy zawdzięczamy Szansę i Nadzieję na Niebo?
Przechodzę pędem przez ulicę... Widzę zapędzonych ludzi, zagonionych, jak zwierzęta - jak bydło! Wchodzę do sklepu - widzę ludzi - skupionych na cenach...Widzę ludzkie twarze przesiąknięte codziennością - twarze bez oczu; pokryte jakimś ambiwalentnym mchem obojętności...
Patrzę w gwiazdy, widzę jakieś konstelacje, które człowiek chce sobie zliczyć - jak pieniądze w portfelu... Których liczenia i mnie nauczono - albo starano się, bo w szkole wolałem jednak opowieści o królach i wojnach, niż cyfrach i matematycznych wypocinach...
Wracam do domu, słyszę ciszę zamkniętą w ciemnym pokoju - aż głupio mi jej przeszkadzać... Więc nie zapalam światła - tylko czekam, aż serce przestanie racjonalnie kołatać i zacznie od-czuwać - odczuwać narodziny Kogoś we mnie... Jak pasterze przy żłobku - klęknęli przed Dzieciem, aby wyraźniej dostrzec Człowieka...
Więc czy są, czy będą Święta? Święta narodzin w nas CZŁOWIEKA : czującego, tęskniącego, kochającego - i może jednak mniej tak śmiesznie racjonalnie analitycznie prze-myślanego...
Życzę Bożej-po-myślności!



Komentarze
Pokaż komentarze