Do niedawna wydawało mi się, że arogancja ekipy Tuska - jak wszystko oprócz głupoty i Bożego Miłosierdzia - ma swoje granice. Okazało się jednak, że i tym razem zawiodłem się na "Tuskach". Zawód jest podwójny, bo związany z zapowiedziami podpisania przez polski rząd tzw. A.C.T.A.
Na temat treści i możliwych kombinacji-interpretacji ACTA wylano przez te dwa dni wystarczającą ilość informacji i komentarzy. Wszyscy krytykują przesłanie ACTA - i słusznie - wszyscy oprócz ludzików Tuska i świata biznesu (a więc i muzyki oraz szeroko rozumianego showbiznesu).
Wszyscy krytykują ACTA - witryny polskiego rządu w jednym momencie znikają z sieci, a ich treść zastąpiona jest apelami antyactowymi i antyrządowymi - a pan Tusk ustami swego sługi Grasia orzeka, że to nie był atak hakerów, a rządowe strony przestały działać w wyniku... wielości jednoczesnych wejść na nie. Tyle, że właśnie na tym polegał i polega ów najpopularniejszy atak internetowy, nazywany DDOS, czyli "rozpowszechniona odmowa usługi", który do ataku wykorzystuje tzw. komputery-zombie, łączące się z daną witryną w tym samym momencie i w ten sposób blokujące ją.
Później minister Boni stwierdza, że w wyniku owego ataku (a zatem był to atak czy nie - a może nie do wszystkich sług z PO dotarły smsy-instrukcje od pana Tuska?) wykradziono dane z laptopa jednego z wiceministrów nowostworzonego - zapewne w ramach Tuskowej "strategii oszczędności" - ministerstwa ds. cyfryzacji. Zwał jak zwał - to ministerstwo już na starcie pogrążyło się w totalnej porażce... Ale nie tylko ono.
Także BBN, na czele którego stoi podstarzały gen. Koziej, poniosło absolutną klęskę. I choć generał z lekkawym uśmiechem na twarzy wczoraj wieczorem tłumaczył się w TVP Info z BBNowskiej ignorancji i nieporadności, że to: doskonała lekcja dla BBNu, że BBN dopiero teraz (sic!) uświadomiło sobie, że żyjemy w erze cybrezagrożeń, że ataki hakerów wymogą na BBNowskich specach jeszcze szybsze kształcenie się w hakerskiej branży, że że że...itd.
Co więcej, głos w sprawie tychże ataków zabrał sam hrabia Sikorski, szef szefów MSZ, który wczoraj popołudniową porą prowokował na swoim Twitterze autorów ataków na rządowe serwery... i doczekał się natychmiastowej odpowiedzi, bowiem wieczorem owi "niewykształcenie i egoistyczni" hakerzy zablokowali nie tylko prywatnę stronę Sikorkiego, ale także witrynę polskiego MSZ. A pan Sikorski po raz kolejny udowodnił, że działanie na niekorzyść państwa oraz emocjonalno-nieroztropno-nieprzemyślane "farfocle" to jego specjalność... Szkoda słów... Taki właśnie mamy rząd w obliczu zagrożenia - jakiegokolwiek...
Na dziś zapowiedziano nie tylko pikietę przed domem pana Tuska, ale także protest w Internecie. Wszystko jako wyraz ogólno-obywatelskiej opozycji wobec planów odebrania Internetowi jego wolności - w imię napełnienia dolarami urywających się już kieszeni showbiznesu... I co najbardziej przykre: Po stronie wolności obywateli - nie tylko internautów - nie stoi rząd, któremu płacimy z naszych podatków, ale anonimowa grupa hakerów "Anonymous"...
Tusk ma jednak w sobie coś niepokojącego: Najpierw - oczywiście w białych rękawiczkach, a więc łapami swych POwych sług - zamykał stadiony, aby ostatecznie przegrać z kibolami, którzy swój sprzeciw manifestowali wszędzie tam, gdzie się pojawił - a teraz chce zmknąć usta polskiemu Internetowi... I znowu przegra, bo już kilka minut po rozpoczęciu wojny, poniósł klęskę...


Komentarze
Pokaż komentarze (2)