Dziś Pani minister Ewa Kopacz wypowiedziała się (na falach TOK FM) poraz kolejny na temat swojego współudziału w zabicu nienarodzonego dziecka 14-letniej "Agaty". Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że Pani minister, deklarując się jako wierząca katoliczka, publicznie i wpsost stwierdziła: "Nie mam poczucia winy, jako urzędnik dopełniłam roli" (!).
Słowa te demaskują "silny" katolicyzm Pani minister; tzn. katolicyzm płytki i schizofreniczny. Bo jak można publicznie mówić, że jest się osobą wierzacą, dla której wiara odgrywa ważną rolę w życiu, a z drugiej strony przykładać rękę do tzw. aborcji (=zabicia dziecka nienarodzonego). Czy ta Pani nie zna V Przykazania Dekalogu? A może jej wiara jest na pokaz - od niedzieli?
Co więcej, owa minister przy tej okazji dodała jeszcze jedno szokujace zdanie: "Jestem przekonana o tym, że w sytuacji, w której nasze przekonania, z którymi na co dzień żyjemy, chodzimy do pracy, mieszkamy ze swoimi najbliższymi, zostawiamy w przedpokoju urzędu, który obejmujemy." W tym kontekście Pani minister naprawdę ma problem z własną moralną tożsamością, gdyż daje świadectwo religijnej obłudy i etycznej schizofreni. Co z tego, że Parlament dopuszcza "przerwanie ciąży" (jakie przerwanie ciąży? Dziecko nie jest częścią organizmu kobiety, lecz oddzielnym organizmem, choć rowijającym się w łonie matki, lecz odrębnym) w bodajże trzech przypadkach. Przecież Dekalog pochodzi z ustanowienia Bożego i tylko jego Autor może poczynić w nim zmiany (a Bóg znajdując sie poza rzeczywistością czasowo-przestrzenną nie podlega zmianom i w związku z tym zmian w Dekalogu nie należy oczekiwaći...). A gdyby Parlament przegłosował - w imię demokracji - że można bezkarnie zabijać, to Pani minister także by zabiła, gdyby sytuacja polityczna tego od niej wymagała? Czy wówczas również zostawiłaby za drzwiami swego gabinetu zasady nie tylko moralno-religijne, ale także ogólnoludzkie, bo i o takie tu chodzi? Czyż to nie jest obłuda i zakłamanie? W jakim świecie wartości religijnych żyje ta Pani? W co ona wierzy? Jeśli nie ma wyrzutów sumienia w powodu współudziału w zabiciu bezbronnego, bo nienarodzonego dziecka, to może po prostu nie ma sumienia? A może wręcz przeciwnie: ma je nieskalane, bo nieużywane?
Dla mnie osobiście jest to szok, jak człowiek potrafi dopasować się do konkretnej sytuacji, publicznie wyrzekając się zasad moralnych. Nie mówię już nawet o zasadach religijnych. Przecież Kodeks Prawa Kanonicznego przekłada na język prawny, to, co głosi Dekalog: Zabicie bliźniego automatycznie - w sumieniu, w obliczu Boga i na forum Kościoła - wyłącza człowieka ze Wspólnoty Kościoła. Po prostu. Po Bożemu... Dekalog jest niezmienny i obowiązuje każdego - także Panią minister Ewę Kopacz. Każdego ze względu na jego naturę ludzką. Zresztą zabicie dziecka nienarodzonego (=człowieka, bo niektórzy "postępowi" temu przeczą, nie mając do tego ani moralnego, ani medycznego prawa) jest sprzeczne z prawem naturalnym (nie prawami natury!). Aborcja jest przejawem zezwierzęcenia niby ludzkich obyczajów społecznych...
Zatem niech już ta pani nie mówi o sobie, ze jest wierząca, skoro potrafi przed drzwiami swojego gabinetu zostawić życie czowieka, aby w "mocy prawa" przynieść bliźniemu "mordercza ulgę". Ciekaw jestem co zostawia przed drzwiami Koscioła... Bo kiedy z niego wychodzi sieje zgorszenie. Czy to jest uczciwe wobec nie tylko swojego sumienia, ale również wobec innych ludzi - wobec Boga?
Niech na przyszłość weźmie Pani przykład z Marka Jurka, a na pewno będzie się nam zdrwiej żyło...
Wstyd Pani minister, wstyd raz jeszcze...


Komentarze
Pokaż komentarze (6)