Od objęcia władzy w październiku 2007 roku nowy rząd boryka się co kilka miesięcy z kolejnymi strajkami. Najpierw strajk celników, który sparaliżował kraj na kilka dni tym samym przynosząc ogromne szkody dla gospodarki. Następnie fala niezadowolenia wśród górników, których żony odbiły się od drzwi ministra Pawlaka. Następne w kolejce do protestów ustawiły się pielęgniarki i lekarze domagając się wyższych zarobków. Nawet nauczyciele nie zapomnieli o przedwyborczych obietnicach „radykalnych podwyżek dla budżetówki”. Do strajkowej koalicji dołączyło jeszcze kilka innych grup zawodowych, jednak ich wkład nie był ani tak bardzo znaczący, ani dotkliwy. Warto jednak pamiętać, że wiele osób nadal czeka na obiecane zmiany. A wszystko to zgotowała sobie sama Platforma, w przeddzień wyborów obiecując wszystkim podwyżki, cud gospodarczy , a także erę miłości i spokoju. No i ten spokój widać do dziś, przynajmniej w kwestii reform.
Przypomnijmy sobie także lata IV RP, w których pojawił się strajk pielęgniarek. Białe miasteczko w Warszawie stało się wówczas symbolem niezadowolenia i walki z reżimem braci Kaczyńskich. Sami politycy Platformy stali u boku walczących pielęgniarek zapewniając je o konieczności zmian. W mediach każdego niemal dnia wałkowano strajk pielęgniarek, niezadowolenia Polaków ówczesnym rządem. A to był przecież tylko jeden strajk. Dlaczego wówczas nie strajkowali celnicy, górnicy, stoczniowcy? W końcu dlaczego w latach 2005-2007 strajkowali ludzie niezadowoleni z rządu, a od 2007 roku przy okazji wielu strajków w kraju usłyszeliśmy, że nie strajkują ludzie, którym jest źle, tylko ci którym jest zbyt dobrze.
Najbardziej aktualnym obecnie tematem dla strajkujących są stocznie. Unia Europejska poważnie rozważa zamknięcie polskich stoczni, co znacznie zwiększy odsetek bezrobocia w kraju. Stoczniowcy od kilku dni bezustannie strajkują. Byli już w Warszawie, byli w Brukseli, byli także w Sopocie, pod blokiem premiera Tuska, gdzie atmosfera była faktycznie gorąca. Rząd desperacko stara się ratować polskie stocznie, ale najpewniej jest to sprawa już przesądzona, o czym świadczyć może uchwycona rozmowa Europosła, w której sugerował inwestorom, aby poczekać do ogłoszenia upadłości, a następnie kupić masę upadłościową.
Polski rząd jednak stara się chociaż pozornie zyskać na czasie i zwrócił się do Rady Unii Europejskiej z prośbą o rozstrzygnięcie sporu w przeciągu najbliższych 3 miesięcy, nie zaś w najbliższy poniedziałek. Jest to wszystko, co rząd może zrobić w chwili obecnej. Zostaje zastanowić się, co mógł zrobić wcześniej... ale to pozostawiam do przemyślenia każdemu z osobna. Jedno jest pewne. Jeśli stocznie upadną, to pracownicy tych zakładów mogą wywołać burzę, która pociągnie za sobą inne związki zawodowe, a finał takiego przedstawienia znamy z powieści „Chłopi” W.S. Reymonta, w której dziewkę na taczce ze wsi wyrzucili. W naszych realiach natomiast, na taczce może jechać sam Donek.
Cóż robić, gdy z każdego miejsce bije wroga aura, społeczeństwo jest coraz bardziej niezadowolone, kolejne grupy zawodowe coraz śmielej podnoszą rękę w geście niezadowolenia, a na to wszystko jeszcze od września zapowiada się strajk nauczycieli, który ma rozpocząć się z dniem 1 września, a zakończyć w momencie wywalczenia przez pracowników oświaty stosownych ustępstw. Czy rząd zacznie faktycznie robić cokolwiek, by zmienić tą sytuację, czy cała uwaga skupi się jak zwykle na słupkach sondażowych?


Komentarze
Pokaż komentarze (5)