Jakże pięknym byłby dzień, w którym w gazecie znalazłbym taki komunikat. Jednak w dniu dzisiejszym ta wypowiedz nie dotyczy Platformy w sensie stricte. To sformułowanie znajdujemy pod artykułem dotyczącym dzisiejszego wyciegu do mediów tajnej rozmowy z dnia 4 lipca , która miała miejsce między prezydentem Kaczyńskim i ministrem Sikorskim. Jak pisałem w moim wcześniejszym artykule, wyciek informacji jeszcze w czasie trwających negocjacji jest nie do pomyślenia. W naszym kraju coraz częściej wyciekają różne informacje, w tym i takie, które wyciekać nie powinny.
Na portalu o2.pl można przeczytać: "..."wyciek" tajnych materiałów do mediów, to skandal. "Dziwię się, że takie rozmowy wyciekły, nie zgadzam się z argumentacją dziennikarzy, którzy zdecydowali o ich ujawnieniu". Jak dodał, Polska niepotrzebnie sama ujawnia "kuluary rozmów i negocjacji".
Jego zdaniem, osoba odpowiedzialna za wyciek fragmentów rozmów powinna ponieść konsekwencje swego działania. "BBN stało się biurem niebezpieczeństwa narodowego. Szef BBN Władysław Stasiak nie wie co się dzieje w państwie polskim, jeśli rozmowy o tak poufnym charakterze mają publiczny wymiar"".
No i ja się pod tym podpisuję. Powinny zostać namierzone źródła wycieku informacji, a następnie osoby odpowiedzialne za to powinny odpowiedzieć przed sądem. Nie może zdarzyć się, aby w gazetach pisano rzeczy, których pisać nie wypada, ani rzeczy które powinny zostać tajne aż do momentu zakończenia negocjacji.
W szukaniu winnych naturalnie nie zabrakło niezawodnego posła Niesiołowskiego, który rzuca śmiałe i nie poparte żadnymi dowodami tezy (jak zwykle zresztą): "Chyba w otoczeniu Lecha Kaczyńskiego tak go nienawidzą, tak mają dosyć jego szaleństw, że zrobili mu na złość"- mówił Niesiołowski. Ponad to zanzcaył, że to z winy prezydenta śmieje się z nas cały świat.
Czy aby nie pospieszył się z wyrokiem? Może i taki werdykt kazały mu dyktować "Przekazy Dnia", ale zapominamy chyba, że żyjemy w państwie, w którym póki co aby kogoś okrzyknąć winnym, należy mieć dowody.
Ja osobiście takich dowodów nie mam, ale w przeciwieństwie do posła Niesiołowskiego jestem także zdecydowanie ostrożniejszy w rzucaniu "prawd objawionych". Mianowicie, z czystej dedukcji i logiki można wywnioskować, że skoro Prezydent pełni swoje stanowisko już niemal 3 lata, a przez pierwsze przeszło dwa lata nie było ani jednego przecieku z Pałacu Prezydenckiego, to prawdopodobieństwo, że Pałac jest źródłem przecieku jest zdecydowanie mniejsze, aniżeli prawdopodobieństwo istnienia przecieku z drugiej strony barykady, czyli z obozu rządowego. Przypomnijmy przy tym, że jeszcze w ten sam dzień Radosław Sikorski pochwalił się w telewizji straszeniem prezydenta w sprawie Trybunału Stanu. Przypomnijmy także, że dopiero teraz, gdy Platforma jest u włądzy zaczęły się coraz częstsze przecieki do mediów w różnych sprawach, w tym i w sprawie negocjacji z Amerykanami.
Pytam zatem, jakie jest prawdopodobieństwo, że to wina jakiegoś urzędnika z Pałacu Prezydenckiego? Odpowiedz brzmi: Zdecydowanie mniejsze, niż prawdopodobieństwo przecieku ze strony rządowej. I na to wskazuje czysta logika, dedukcja i rachunek prawdopodobieństwa. Skąd więc poseł Niesiołowski czerpie swoje odważne wnioski? Czy etat profesora zwalnia dziś z merytorycznej części wypowiedzi? Mam szczerą nadzieję, że nie.


Komentarze
Pokaż komentarze (10)