Kilka miesięcy temu polski parlament głosował nad przyjęciem Traktatu Lizbońskiego. Wówczas prasa nie szczędziła komentarzy mówiących, że gdyby Polska nie zgodziła się na ratyfikację tego dokumentu, okazałaby się pośmiewiskiem Europy. Szczęśliwie lub też nie, Polska ustawę ratyfikacyjną przyjęła po długich negocjacjach pomiędzy czołowymi partiami oraz po owianym tajemnicą spotkaniem prezydenta z premierem na półwyspie helskim. Ostatnią formalnością związaną z ratyfikacją tego dokumentu jest złożenie podpisu głowy państwa, który postanowił poczekać na wypełnienie przez Platformę swojej części umowy z Juraty. Tak więc wszystko wskazuje na to, że Polska pośmiewiskiem Europy jednak się nie stanie.
Tymczasem w Irlandii, kraju na którym Polska miała się wzorować odbyło się referendum ogólnonarodowe w sprawie ratyfikacji traktatu. Jak się później okazało, Irlandczycy nie przyjęli postanowień traktatu i uznali jego ratyfikację za nie potrzebną. To postawiło na nogi całą Europę, ponieważ aby Traktat Lizboński wszedł w życie, potrzebna jest zgoda wszystkich państw członkowskich. Brak zgody jednego z państw oznacza automatycznie unieważnienie całego traktatu. Stąd prezydent Polski uznał podpisanie traktatu w obecnej chwili za bezprzedmiotowe. Z tego także powodu wszystkie kraje wspólnoty starają się zrobić wszystko, aby skłonić Irlandię do przemyślenia swojej decyzji raz jeszcze. Jednak jest to problem wewnętrzny Irlandii i obywatele tego kraju powinni poradzić sobie z tym sami, bez pomocy czy nacisków z zewnątrz. Tymczasem Europa rozpoczęła proces masowej ratyfikacji traktatu, starając się skłonić do tego wszystkie kraje europejskie, aby pokazać Irlandii że jest czarną owcą i powinna wrócić do stada i dokument przyjąć. Prezydent Francji i jednocześnie obecny przewodniczący Unii Europejskiej Nicolas Sarkozy w sposób bardzo niefortunny wygłosił przemówienie, w którym wręcz zmusił Irlandię do powtórzenia głosowania.
I jak się okazuje, takie działanie ma skutek całkowicie odwrotny do zamierzonego. Irlandczycy są nie tylko oburzeni brakiem zrozumienia dla ich sprzeciwu, ale także zadeklarowali masowe głosowanie przeciwko traktatowi w razie ponownego referendum. Pozwolę sobie przytoczyć statystyki porównawcze z preferencji wyborczej w poprzednim referendum i deklaracji na referendum ponowne:
Teraz możliwość przeprowadzenia nowego głosowania odrzuca 71 proc. Irlandczyków. Za rozpisaniem nowego referendum opowiedziało się 24 proc. badanych.
62 proc. respondentów powiedziało, że w razie nowego referendum byłoby na NIE. Natomiast 38 proc. głosowałoby na TAK. W czerwcowym referendum przewaga przeciwników traktatu nad zwolennikami wynosiła tylko sześć punktów procentowych.
Sondaż wykazał ponadto, że 17 proc. badanych, którzy w czerwcu poparli traktat, teraz byłoby gotowych go odrzucić. Z kolei tylko 6 proc. dotychczasowych przeciwników traktatu w referendum teraz byłoby skłonnych zmienić zdanie. [źródło]
Demokracja wszak polega na uszanowaniu woli większości, która w tym wypadku zadeklarowała niechęć do traktatu. Nie można naciskać na tych ludzi i kazać im powtarzać głosowanie, aż wynik będzie nas satysfakcjonować. Bo to jest jawne łamanie podstawowych zasad, jakie w Unii miały obowiązywać, czyli prawa do własnego zdania. Irlandzkie "NIE" w świetle przepisów oznacza wyrzucenie Traktatu Lizbońskiego do kosza i rozpoczęcie prac nad nowym dokumentem, ale do tego Europa nie chce dopuścić.
Pozostaje się zastanowić, czy polityka nacisku i wywierania presji na narodach, które mają swoje zdanie i nie chcą działać na rzecz narodów przewodzących wspólnocie jest polityką poprawną i czy takich rozwiązań na przyszłość chcemy i dla siebie. Media wiele wysiłku włożyły aby przedstawić Polskę jako hamulec Europy, jednocześnie zapominając o kilku innych krajach, jak np Niemcy, czy Włochy, którzy Traktatu Lizbońskiego do dziś nie ratyfikowali jednocześnie starając się zmusić wszystkich innych do jego ratyfikacji. Czy na pewno takiej Unii chcemy?
No i na sam koniec pozostaje jedno drobne pytanie. Skoro Polska mogła stać się pośmiewiskiem Europy w przypadku nie ratyfikowania Traktatu Lizbońskiego, to dlaczego dziś z Irlandii nikt się nie śmieje? Cała Europa zdaje się wręcz siedzieć na szpilkach przez irlandzki sprzeciw. Czyżby nasze media znów przesadziły? A może zwyczajnie była to forma nieco bardziej subtelnego nacisku?


Komentarze
Pokaż komentarze (5)