W Krakowie odbyła się pokojowa manifestacja w sprawie Gruzji. Okazało się, że nawet w wolnej Polsce nie można przeprowadzić w spokoju takiej akcji.
Oto doniesienie niezależnej:
"Tuż po demonstracji "Solidarni z Gruzją. Wolność dla Gruzji" w Krakowie doszło do przykrego incydentu
Gdy demonstranci rozeszli się już spod konsulatu Rosji, na plac z piskiem opon zajechała furgonetka. Wyskoczyły z niej dwie osoby, które łopatami zniszczyły gruziński krzyż ze zniczy ustawiony przez solidaryzujących się z Gruzją.
Jeden z demonstrantów, który jeszcze pozostał przed konsulatem, próbował dowiedzieć się, dlaczego zniszczono krzyż. Osoby, które twierdziły, że robią tu porządek, zaczęły popychać Stanisława Markowskiego i kierowały pod jego adresem wulgarne określenia.
Policjanci, którzy wcześniej legitymowali fotografika znanego z dokumentowania wybijania się Polski na niepodległość, nie reagowali biernie przyglądając się całej tej scenie. Chwilę wcześniej ci sami funkcjonariusze zażądali okazania dokumentu tożsamości od Markowskiego, nie podając początkowo powodu, dla którego to robią. Sugerowali za to, że mogą go zabrać na komisariat, jeśli będzie nieposłuszny. W końcu Markowski dowiedział się, że uznali go za prowadzącego wiec. -Żadnej takiej osoby nie było - twierdzi Markowski. Ci, którzy przyszli przed konsulat Rosji zapalili znicze, zaintonowali modlitwę, i spokojnie rozeszli się do domów. Podczas demonstracji wznoszono też spontanicznie hasła - "Wolna Gruzja" czy "Sowieci do domu".
Czy takie zachowanie polskich funkcjonariuszy jest odpowiednie? Przecież Polska popiera Gruzję. Czy zatem była to furgonetka agentów rosyjskich, czy funkcjonariusze z Polski nie solidaryzują się z narodem Gruzińskim? Dla mnie takie zachowanie jest nie na miejscu.


Komentarze
Pokaż komentarze (6)