Odpoczywam. Siedzę na Kaszubach, jeżdżę nad morze (ale nie nad Zatokę Gdańską, bo tam pełno sinic). Byczę się.
Wczoraj na przykład znów leżakowałem na słońcu w Dębkach. Wystawiłem ochoczo swe członki na słoneczne promienie, co też i czyniła moja piękna towarzyszka. Jak zaczęło nieco padać, zwinęliśmy kocyk i ruszyliśmy do domu. Po drodze jednak poprosiłem, by zatrzymała pojazd przy szosie (gdzieś trochę przed Wejherowem). Wstąpiliśmy na śródleśną łąkę. No i piękną dziewoję zaniedbałem haniebnie. Wśród traw z zachwytem wypatrzyłem tygrzyka paskowanego (zdjęcie wyżej), pająka wielce rzadkiego i objętego w Lechistanie ścisłą ochroną. Tygrzyki lubią słoneczne, wilgotne łąki, a żywią się jedynie ważkami i prostoskrzydłymi. Znaczy wybredne kulinarnie są. Zamiast więc zachwycać się wdziękami dziewoi, buszowałem w trawie poszukując kolejnych tygrzyków. I wtedy usłyszałem ostry głos myszołowa (niżej), który majestatycznie przeszybował nad moją głową. Z oddali odpowiedział mu drugi, a zaraz potem w gęstwinie odezwał się zaniepokojony kruk. Zaraz potem spłoszyłem w krzakach piecuszka. A potem w trawie dorwałem jeszcze biegacza skórzastego, największego polskiego biegaczowatego (4 cm długości!), który ma tą właściwość, że zagrożony opluwa napastnika cuchnącą wydzieliną. Wracałem do domu z dziewoją czując się tak, jakbym wypił dwa garnce kumysu.




Komentarze
Pokaż komentarze (16)