16 obserwujących
111 notek
141k odsłon
  922   0

Wyznawcy kościoła świętego krzemu

„Chcemy zwiększyć zaangażowanie użytkowników” – takie było mniej więcej przesłanie artykułu, który ostatnio przeczytałem, i który mówił o tym, że YouTube chce wprowadzić tzw. tokeny NFT.

Zamyśliłem się głęboko.

Technologia od dawna budziła ekscytacje. Ustawy nakazujące bieg pieszym przed automobilem. Sprzeciwy przeciw aeroplanom. Obawy przeciwko elektryczności. Takich przykładów można podawać tysiące, zaś wojny i wojenki prowadzone były również między użytkownikami Spectrum i Atari, Amigi i PC, Netscape i IE, Chrome i Firefoxa, Windows 95 i 98, 98 i 98SE, 98 i XP, itd. itd. Poniekąd rozsądni i trzeźwo myślący ludzie przekraczali pewną granicę, i całkowicie tracili głowę, na siłę przekonując wszystkich do swoich racji („ewangelizowali ich”).

Mamy to również dzisiaj, i stąd użytkownicy „świętego jabłka” często patrzą z góry na wszystkich innych (nie zmienia to faktu, że np. obecny Macbook Air w części konfiguracji jest poniekąd dosyć przyzwoitą maszyną o całkiem rozsądnie skalkulowanej cenie).

W wymienionych „komputerowych” wojenkach można rzeczywiście wskazać pewne twarde techniczne argumenty (np. to, że coś się szybciej wykonuje na jakiejś platformie), na tym jednak historia się nie kończy – wielu przeciętnych zjadaczy wykorzystuje swój sprzęt i oprogramowanie w jakimś ułamku procenta (zaśmieję się, gdy ktoś powie, że jego Air przetwarza filmy 24h na dobę), i ich wymiana to najczęściej sztuka dla sztuki, wymuszana w różny sposób przez producentów… z polskiego na nasze „ktoś na górze” przy pomocy reklam czy planowanego postarzania mówi „zaprawdę, zaprawdę powiadam wam, że pojawił się nowy model, i musicie go mieć”, a owieczki posłusznie idą do sklepów.

Można powiedzieć, że to forma religii. I tak owieczki co roku zmieniają „eskę” Samsunga, iPhone Apple czy jakieś inne cudo… bo wypada być trendy.


To też stare video, i oczywiście wygląda na ustawkę. Podobnych rzeczy próbował Microsoft (projekt Mohave, czyli przekonywanie do Visty) czy Intel (reklamy)

Pójdźmy dalej. Wiele aplikacji administracji rządowej mogłoby być napisane w sposób prosty i przejrzysty, tymczasem korzystanie z nich bywa drogą przez mękę. Czasem winny bywa tu oczywiście czynnik ekonomiczny (odpowiednie firmy lub ludzie chcą zarobić na pisaniu i ciągłym uaktualnianiu), niemniej jednak całość powoduje, że komputery zamiast pomagać, stały się „ołtarzykami”, przed którymi odprawiamy pewne niezrozumiałe czynności, aby w końcu być może uzyskać upragniony rezultat.

Mamy też media społecznościowe i instagramowe (tit-takowe i inne) „modelki”, które zachowują się wprost karykaturalnie.

Jedna, druga, trzecia, piąta czy dziesiąta dziewczyna odniosła dzięki zdjęciom sukces finansowy, i tysiące naśladowniczek praktykuje kult zakrzywiania rzeczywistości (nie chcę szukać drastycznych przykładów, i poprzestanę na artykule z JM), mając nadzieję na dostąpienie takiego samego oświecenia.

I teoretycznie ma to swój sens (chodzi o zarabianie), w praktyce atmosfera jest podsycana np. artykułami o cudownych dzieciach, które „zarabiają” po 18 tysięcy za post.

A jak to się kończy?

Oburzamy się tym? Wielu z nas doszło do tego, że karmi urządzenia i systemy różnymi danymi, i zaniedbuje wszystko inne. Zdjęcia, raporty, zestawienia, filmy, posty… Składamy ofiarę z nas samych, z naszej prywatności i czasu, i często dostajemy co najwyżej mglistą obietnicę, że nasze życie się nie pogorszy.

Ale to nie wszystko. Zaczęło się niewinnie, od Bitcoina… a co mamy teraz? Setki, jak nie tysiące „walut”. Ktoś, gdzieś, kiedyś umówił się, że ciąg cyfr ma magiczną wartość, a obecnie dzięki temu marnowane są miliony watów energii, że o sprzęcie nie wspomnę (a ponieważ często te „waluty” służą do prania pieniędzy, to taka ich popularność).

Wiara w moc krzemu czyni cuda…

I dochodzimy do finału, czyli tokenów NFT, gdzie ktoś wpisuje jakiś tekst (link czy opis „naszego” „unikalnego” przedmiotu), a my „gotowi” jesteśmy za to zapłacić jakieś pieniądze (i o ile w przypadku „walut” można nimi coś kupić, to tu się to robi z lekka problematyczne).

Witamy w kościele świętego krzemu… tylko czy mi się dobrze wydaje, że tu w tej ostatecznej wersji chodzi o (a) piramidę finansową i (b) pralnię „prawdziwych” pieniędzy? I czy dlatego to szaleństwo nigdy się skończy?

A wideo na koniec celowo dotyczy innego kościoła, do którego jakoś tak ostatnio wielu ludków też należy:

https://twitter.com/prof_freedom/status/1491373716999409666


Lubię to! Skomentuj5 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Technologie