Ateizm postrzegany jest jako "bezbożność".
Czy wobec tego można domniemywać, że ateiści pozbawieni są jakichkolwiek zasad i hamulców moralnych?
Ateiście przecież "wszystko wolno" - nie wisi nad nim widmo grzechu i piekła, nie musi zabiegać o przypodobanie się Bogu...
Czy przed popełnieniem najbardziej ohydnych zbrodni powstrzymuje go wyłącznie zagrożenie odpowiedzialnością karną, a poza tym jest zimnym i cynicznym człowiekiem, pozbawionym współczucia i traktującym innych instrumentalnie?
Czy można być wrażliwym człowiekiem, czyniącym dobro bezinteresownie: nie licząc na nagrodę i nie bojąc się kary?
Czy tzw. sumienie jest wytworem religijnej tresury i musi mieć "uzasadnienie" w postaci Absolutu?
A może instynktownie czujemy, że nie powinniśmy bliźniemu swemu czynić tego, co nam byłoby niemiłe, a nawet czynić mu to, co uważamy za "miłe" dla siebie?
Jak żyli ludzie, dla których nie Dekalog był wyznacznikiem norm i nie Jezus wzorem cnót? Nie uznawali oni żadnych norm i ograniczeń?
Co decyduje o tym, jakie normy człowiek uzna za ważne dla siebie?
Czy ma rację filozof Immanuel Kant, twierdząc:
"Etyka (die Moral) – o ile opiera się na pojęciu człowieka jako istoty wolnej, lecz dlatego zarazem istoty, która sama siebie przez swój rozum wiąże bezwarunkowo prawami – nie potrzebuje ani idei jakiejś innej, wyższej od człowieka istoty dla poznania swego obowiązku, ani pobudki innej niż samo prawo dla przestrzegania obowiązku. (...) Zatem moralność sama dla siebie (zarówno i obiektywnie, gdy chodzi o chcenie, jak i subiektywnie, gdy chodzi o możność [realizacji]) w żadnym wypadku nie potrzebuje religii, lecz na mocy czystego praktycznego rozumu wystarcza sama sobie." I. Kant, Religia w obrębie samego rozumu, op.cit., s. 23.?
Zapraszam do dyskusji...



Komentarze
Pokaż komentarze (321)