Obserwuję od pewnego czasu niepokojącą tendencję...
Na naszych ulicach króluje prymitywny język; zza uchylonych okien często słychać tzw. bluzgi.
Nikogo, tak naprawdę, już nie szokuje to, że nawet dzieci na placach zabaw używają słów wulgarnych. W pobliżu szkół w czasie przerw międzylekcyjnych lepiej nie przechodzić...
Ba! Zdarza się, że nawet stróże prawa bez żadnych zahamowań posługują się w miejscach publicznych tzw. "łaciną", dając stosowny przykład.
O języku sfer rządzących lepiej nie wspominać.
Tego, co się dzieje w blogosferze, doświadczamy wszyscy nieustannie. Można zostać zmieszanym z błotem w komentarzu pod najbardziej wzniosłym tekstem; teksty kontrowersyjne z góry przesądzają o tym, że zamiast dyskusji nastąpi "jatka".
Subtelną aluzję czy inteligentną złośliwość zastąpiło ordynarne grubiaństwo.
Rozrywki stają się coraz bardziej prymitywne, a ich styl - niewyszukany...
Chamiejemy jako społeczeństwo? Czy to proces postępujący, który z upływem czasu stanie się wyróżnikiem epoki? Co jest tego przyczyną?
Jakoś mi się ten stan wpisuje w estetykę, której nastrój oddaje wiersz jednego z moich kolegów (trochę zagubionego w rzeczywistości Jacka Olszewskiego):
Znajomi szaleńcy noszą
męskie twarze, które pasują
do piwa i wina;
w bilardowych pokojach
stawiają twarde znaki -
ukoronowanie zwycięstwa,
które dopiero nad ranem
okaże się kolejną porażką.
Olimpijczycy szału i drwiny,
dzieci nie?spełnionej miłości,
bez nóg i bez ramion,
bo to nie Boston,
bo to jedynie cicha dolina Kwisy.
Na koniec mała przestroga: :)
Słowa: Jerzy Czech
Muzyka: Przemysław Gintrowski



Komentarze
Pokaż komentarze (51)