Jak pisze na swoich stronach Rzeczpospolita (13:19):
Prokuratura badająca sprawę zniszczenia dowodu osobistego Tomasza Merty, który zginął w katastrofie smoleńskiej, ustaliła, że mogło do tego dojść w polskim MSZ.
A teraz przeczytajcie Państwo w jaki sposób miało do tego dojść:
Jak poinformował Dariusz Ślepokura z warszawskiej prokuratury okręgowej, wskazują na to zeznania jednego ze świadków, pracownika MSZ. - Według niego dowód został zniszczony przypadkowo. W tej chwili weryfikujemy te informacje. Śledztwo trwa - zaznaczył prokurator.
Według nieoficjalnych informacji ze źródeł zbliżonych do sprawy, pracownik MSZ miał m.in. powiedzieć, że dowód znajdował się w worku, który zamierzano zutylizować. - Nie zdawano sobie sprawy, że w środku mogą być dokumenty osób, które zginęły w katastrofie smoleńskiej - powiedział informator.
Jako pierwsze informacje o tym, że dokument mógł zostać zniszczony w MSZ podało radio RMF FM.
-"Nie zdawano sobie sprawy..." WTF?!!! Uwierzycie Państwo?
Teraz można już z tym zrobić wszystko. Jeśli dowody rzeczowe związane z katastrofą smoleńską były zabezpieczane przez odpowiednie polskie organa administracji państwowej z podobną "starannością" (pomijam kwestie "szacunku") - to można spodziewać się, że nie znajdą się już żadne przesłanki do orzeczenia o czyjejkolwiek winie. I do tego to leciutkie w tonie "Nie zdawano sobie sprawy...".
"Nie mamy pańskiego płaszcza w szatni - i co nam pan zrobi?"
Uważam jednak, że opisany przez prokuraturę fakt, potwierdza brak kompetencji ministra Radosława Sikorskiego do pełnienia funkcji szefa resortu spraw zagranicznych RP. Jeśli wiedział o takich zaniedbaniach w resorcie i im nie zapobiegł - nie zasługuje na sprawowanie takiego urzędu. Jeżeli nie wiedział co się dzieje w jego resorcie - tym bardziej.
Ten człowiek kompromituje nasz kraj.
A może ktoś w MSZ kryje tych, z którymi "mamy tak dobre relacje"? Dlaczego takie pytanie miałoby być nieuprawnione?


Komentarze
Pokaż komentarze (6)