Wróćmy jednak do ostatnich wieści z ław opozycji parlamentarnej. Okazuje się, że bezpośrednie otoczenie Schrecklich Scheta ma szansę ulec w nadciągających dniach i tygodniach postępującej anihilacji. Obok sekretarza generalnego, który objawić się zdążył szerokiej publiczności jako miłośnik i smakosz „kanapek”, łydki zatrzęsły się najwyraźniej pod jednym z najwytrwalszych telewizyjnych pyskaczy, chyba najczęściej po wszelkich dostępnych studiach telewizyjnych tudzież konfach prasowych odmieniającego przymiotnik „pisoski” przez wszystkie możliwe przypadki (a trzeba przyznać, że konkurencja w tej dziedzinie jest wśród totalniaków ostra), słynącego z wiernego trwania po prawicy przewodniczącego jedynie słusznej partii, szefa jej zrzeszającego równe znakomitości klubu parlamentarnego, zwanego potocznie przybocznym Niuńkiem. Przybocznemu Niuńkowi głos pewnie jeszcze nie raz zadrży, gdy będzie „z prasłowiańskiej gruszy odszczekiwał się swoim prześladowcom”, zapowiadając im rychłe (w zamyśle Niuńka po zwycięskich dla reprezentowanego przezeń ugrupowania wyborach czyli w rzeczywistości w bliżej nieokreślonej przyszłości) ulokowanie w czymś na podobieństwo drugiej
Berezy Kartuskiej, póki co jednak musi on liczyć się ze smutną okolicznością mówiącą zarówno jemu jak i licznie zgromadzonej publiczności organizowanych przez niego jakże chętnie medialnych spektakli dla gawiedzi bez cienia wątpliwości o tym, że stanowi on na chwilę obecną jedną z najsolidniej murowanych kandydatur do usadowienia w murach tego czy innego pośledniego ancla, najpewniej nie mogącego poszczycić się równie znakomitą co wspomniana B.K. reputacją.
W kolejce po jednym z tych, którzy chcieli „robić biznes na służbie zdrowia” ustawiają się już kolejni kandydaci i kandydatki o podobnych kompetencjach i upodobaniach, że pozwolę sobie tutaj nadmienić o wsławionej błądzeniem po berlińskich dywanach ex-premierzycy, która na tę okazję zamówiła ponoć specjalne szkolenie w Ministerstwie Dziwnych Kroków oraz o jej następcy na fotelu szefa zupełnie innego resortu, który zresztą kadencję wcześniej objąć raczył tekę Ministerstwa Nie Wiedzieć Czego, czy jakoś podobnie. W rezerwacji ewentualnych miejscówek należałoby także uwzględnić nasze dzielne panie prezydenciny (tą z przeciekającej łodzi, ale przede wszystkim tą ze stolycy), a także pomniejszy partyjno-frakcyjno-korupcyjny plankton w postaci przeróżnych specjalistów od zegarków (ach ta rodzinna tradycja zamiłowania do sowiecko-sołdackich gustów kolekcjonerskich) i białych nosów, całego grona namiętnych hazardzistów, Taty Dilera z Halicza, Lobbystycznej Kierwy, robiącej za partyjnego rzecznika Malowanej Lali i wielu, wielu innych, nie zapominając przy tym o całej brukselskiej reprezentacji z jakże nieustraszonym (przynajmniej podczas udzielania wywiadu miss Kolendzie-Zaleskiej) Donem z Zaczeską na czele, wśród której można by wyróżnić niemieckiego ciecia od czarnej roboty, jajeczną panią komisarz, statecznego ex-premiera z czasów jakże udanych i do dziś nierozliczonych reform i całej czeredy zaprzańców i donosicieli płci obojga zresztą – tych bez żenady dających się bić po czymś co u przyzwoitych ludzi zwykło się określać mianem twarzy (bynajmniej nie tej autorstwa kolejnej resortowej córy, matki i ex-żony mającej na koncie cały zbiór arcydzieł polskiej kinematografii) i tych, którzy owego zaszczytu jeszcze dostąpić nie zdążyli.
W tych jakże wielce interesujących okolicznościach przyrody nowego wymiaru nabiera zarówno zażarty bój o tyleż „niezawisłe”, co „rozgrzane” sądy toczony przez owo towarzystwo od szeregu miesięcy, jak również eksploatowane bez umiaru ostatnimi czasy na nietanich przecież billboardach hasełko pt. #oddajciekasę. Wygląda na to, że oddać bądź też odsiedzieć - a najlepiej jedno i drugie - będą póki co w pierwszej kolejności musieli, i to wcale nie najmniej licznie, raczej przedstawiciele środowiska, które zarówno to, jak i równie genialne hasła-klucze w postaci chociażby „27:1” wspólnym wysiłkiem burzy bezmózgów usiłowało w przestrzeń medialną z gorszym lub lepszym skutkiem wypuszczać, tak aby ciemny lud mógł po staremu zająć się spożywaniem tej rzucanej mu z nieodmienną pogardą czarno-PR-owej padliny, mającej tyle wspólnego z realnymi zagadnieniami wywierającymi istotny wpływ na obraz codziennego funkcjonowania naszego państwa, ile Ryży Pinokio (w końcu też pajac, a i facjata jakby ulepiona z plasteliny na obraz i podobieństwo cyrkowego klauna) z prawdomównością.


Komentarze
Pokaż komentarze