Paweł Kukiz startuje w wyborach prezydenckich z jednym postulatem: wprowadzenia w Polsce Jednomandatowych Okręgów Wyborczych. Trochę śmieszy mnie u człowieka z piątym krzyżykiem na karku naiwna wiara, że jedno rozwiązanie w sprawie głosowania doprowadzi do naprawienia sytuacji w Polsce. Niemniej jednak poruszył ważny problem: polski system partyjny jest mocno zdegenerowany.
Najpierw krótkie pytanie: kto jest w stanie wymienić posłów ze swojego okręgu? Ja w moim mam 13, tych których jestem w stanie wymienić to: Joachim Brudziński, Grzegorz Napieralski, Bartosz Arłukowicz (przepraszam wszystkich w Polsce za niego, na swoje usprawiedliwienie mogę tylko podać, że ja na PO nie głosowałem), poseł hodowca norek od Palikota (nazwiska nie pamiętam), do tego ostatnio wyskoczyła jakaś Żmuda-Trzebiatowska ze Świnoujścia z idiotyczną wypowiedzią, że Polacy emigrują, bo chcą zobaczyć jak jest w innych krajach. Jeśli miałbym podać w jakich komisjach zasiadają, jakie ostatnio zgłosili interpelacje, jak ostatnio głosowali - nie potrafiłbym tego powiedzieć.
Do tego prowadzi ordynacja proporcjonalna: ludzie, którzy mają nas reprezentować są niezbyt znani. Ale niby czemu mają być znani? Przecież najważniejszym jest to, żeby dostać biorące miejsce na liście wyborczej. Oczywiście potrzwebne jest te 5-6 tysięcy osób, które na nas zagłosują. Taka sytuacja powoduje, że konkurentami stają się inne osoby z listy. No i partia broni się rękoma i nogami przed przyjmowaniem nowych członków. Jak to trafnie opisał Rafał Ziemkiewicz "Jeśli partia bierze dwa miejsca w radzie miasta to największym zagrożeniem jest przyjęcie do niej trzeciej osoby".
Do tego najważniejszą osobą w partii staje się ten kto rozdziela miejsca na liście. To powoduje dyktatorską pozycję prezesa partii. Bo wyobraża ktoś sobie jakiegokolwiek członka PiS-u, żeby podczas jakiejś konwencji wyszedł na środek i powiedział: "Panie Prezesie, od 2007 roku przegrał Pan wszystkie kolejne wybory. Mimo fatalnej polityki Platformy Obywatelskiej nasza partia nie potrafi przekroczyć granicy trzydziestukilku procent poparcia. Pan ponosi za to odpowiedzialność i w związku z tym powinniśmy wybrać innego prezesa.". Fantastyka. Jedną z zabaw polskiej publistyki jest szukanie kogo Jarosław Kaczyński namaści na swojego następcę. Właśnie nie: kto dzięki swoim przymiotom osobistym zdobędzie poparcie członków PiS-u, ale kogo prezes namaści na następcę.
Przez to nie liczą się kompetencje. Jako przykład niech posłuży był już europoseł PiS-u Konrad Szymański. Wszyscy dziennikarze podkreślali, że jest on jednym z najlepszych polskich posłó w Brukseli. Ale posiadał jedną, dyskwalifikującą do cechę: nie jeżdził łasić się do prezesa Kaczyńskiego, jak np. Richard Francis Czarnecki.To go oczywiście dyskwalifikowało z ubiegania się o reelekcje.
Do tego powoduje to, że debata w partia pozostaje niemerytoryczna. Liczy się to kto jest czyim człowiekiem, a nie jego kompetencje. Jeśli lider jakiejś frakcji nie jest zbyt silny, lub stanowi zagrożenie dla prezesa wodza partii to wycina się jego ludzi dajć niebiorące miejsca. Jednym z głównych problemów staje się takie zbilansowanie wpływów, żeby żadna grupa nie stała się na tyle silna, żeby zmienić najwyższego władcę w partii. W praktyce wygląda to tak jak dopieranie ludzi do rządu PO: nie liczą się kompetencje, a to, żeby między frakcjami panowała równowaga. A urzędy biorą osoby niekompetentne. Przez to Radosław Sikorski - osoba antypatyczna, ale rozpoznawana medialnie jest chętnie wrzucany na różne stanowiska - ani Tuskowi, ani Kopacz nie zagrażał.
Taka sytuacja jest patologiczna. JOW-y to postulat zmiany, nie chcę teraz pisać czy uważam go za słuszny czy nie. Ale mam pytanie do tych wszystkich dla którcyh propozycja Kukiza to samo zło: co proponujecie innego?


Komentarze
Pokaż komentarze (9)