Porażka Bronisława Marii Komorowskiego w majowych wyborach została umówiona na wszelkie możliwe sposoby, ale jakoś nikt nie zajął się środowiskiem z jakiego się wywodził. I nie chodzi mi o WSI. Bronisława Komorowskiego można uznać za modelowy przykład środowiska politycznego nazwanego przez Stefana Niesiołowskiego, ówcześnie w ZChNie, "udecją". To zniknięcie tego środowiska z polskiej polityki - pozostała co prawda jakaś kanapowa partia, ale nawet nie wiem jak się nazywa.
Wcześniej nazywała się różnie. Najpierw Ruch Odbudowy Akcja Demokratyczna, Potem Unia Demokratyczna (to od tej nazwy Niesiołowski stworzył nazwę "udecja"), Unia Wolności. Ostatnim znanym tworem o którym wiem to Partia Dmeokratyczna, potem były jakieś próby mariaży z postkomunistami, ale jest to równie ciekawe jak śledzenie w ilu partiach Janusz Korwin-Mikke przestał uczestniczyć, bo stracił w nich dominującą rolę. Niektórzy z pogrobowców tej formacji trafili do kancelarii prezydenta Komorowskiego. Wraz z jego odejściem tracą wpływ na państwo.
To środowisko posiadało kilka specyficznych cech:
Pycha
Jeden z siedmiu grzechów głównych, w demokracji u polityka też jest źle postrzegane. O Unii Wolności nie mówiło się, że to partia osób o jakichś konkretnych poglądów, tylko "partia ludzi na pewnym poziomie". Ludziom będących w tej partii udzielało się przekonanie Bronisława Geremka, że są lepsi od przeciętnego człowieka, że prezentują sobą jakąś wspaniałą propaństwową postawę. No i oczywiście odmawiali innych politykom prawa do posiadania tych cech. Oni są najlepsi, reszta to motłoch. Panmiętam jak Robert Mazurek opisywał jak w początku lat 90. zaczynał pracę jako reporter w Sejmie i był święcie przekonany, że taka jest prawda. Kilka rozmów z osobami z tego towarzystwa okazało ich mierność intelektualną. Bronisław Komorowski całym sobą prezentował tę postawę.
Nierozumienie demokracji
"Naród nie dorósł do demokracji". Te słowa Bronisława Geremka, gdy jego kumpel Tadeusz Mazowiecki odpadł w pierwszej turze wborów prezydenckich 1990 roku. Środowisko udeckie wywodziło się z opozycji antykomunistycznej i teoretycznie kochało demokrację. Tak naprawdę oni chcieli rządów aristoi,najlepszych. Ludzi, którzy intelektualnie i moralnie odstają od reszty. Naturalnie - ich. Tymczasem w demokracji należy reprezentować interesy swoich wyborców, a nie łaskawie dać się wybrać.
Dzielenie Polaków
"Tych ludzi trzeba zepchnąć na kompletny margines" jak to się wyraził prezydent Komorowski, gdy mu w Stargardzie (do końca roku Szczecińskim) narodowcy krzyczeli "Bronek Ty łotrze/w Stargardzie nikt Cię nie poprze". Wbrew własnemu mniemaniu (wyraził je podczas ostatniego wywiadu w Gazecie Wyborczej) nie był prezydentem łączącym, a dzielącym. Podziękował za udział w wyborach tylko swoim zwolennikom, specjalnie doprowadził do usunięcia krzyża smoleńskiego, wyrażał się o posiadających inne poglądy w sposób przepełniony pogardą.
Wbrew propagandzie lewicowo-liberalnych mediów wojna dzielenie nas nie zaczęło się w 2005 wraz z dojściem PiS-u do władzy, zaczął się już na początku transformacji. Elita okrągłostołowa potwornie bała się narodu polskiego. Przekonani byli, że to antysemici, którzy chcą podpalić Polskę. Podział był prosty: jeśli sobie radziłeś w III RP to znaczy, że jesteś na pozioemie, jeśli sobie nie radzisz to znaczy, że prezentujesz roszczeniową postawę. Poza tym ta pierwsza grupa jako lepsza miała dominować, a ta druga - wyginąć. Na szczęście to mija; sam jestem konserwatystą, mam znajomych o lewicowo-liberalnych poglądach i jakoś mi to nie przeszkadza.
Brak umiejętności przegrywania
Pamiętam jaki był jęk zawodu, gdy w 2001 roku Unia Wolności nie weszła do Sejmu. Okazało się, że wybraliśmy źle, że jesteśmy zawiedliśmy nasze "elity". Siłą rzeczy Salon przelał swoje poparcie na PO, bo na kogoś musiał. Ale to nie to samo; to już nie jest partia "ludzi na pewnym poziomie", raczej jedyna możliwa tarcza chroniąca przed "tym strasznym PiSem". Jak się czyta jak Komorowski wypłakuje się Michnikowi i Kurskiemu to widać kompletny brak klasy, nieumiejętność odejścia z klasą. Chociaż może to cecha wszystkich ludzi dawnej opozycji - w końcu w 2007 roku Jarosław Kaczyński nie zauważył, że ma kampanię wyborczą, która ma przekonać przekonanych, a dlatego, że istniał przeciw niemu szeroki sojusz medialny.


Komentarze
Pokaż komentarze (3)