
Wczoraj, 11 kwietnia 2011 roku nasz dzielny prezydent Bul Komorowski zapisal sobie do kajecika nastepny sukces w dziedzinie swoich podbojow w "koronie dyplomatycznych Himalajow"
Spotkal on byl sie mianowicie jak rowny z rownym i ku pohanbieniu wrednych pisowcow z prezydentem Rosji Miedwiediewem w celu "dalszego poglebiania przyjazni polsko-radzieckiej...tfu, polsko-rosyjskiej ".
Malo jednak brakowalo, zeby do spotkania obu przywodcow bratnich krajow moglo w ogole nie dojsc. Na dwa dni przed zaplanowana uroczystoscia Rosjanie podmienili tablice upamietniajaca katastrofe smolenska. Zrobiono to po cichu i noca, i nic by sie nie stalo, gdyby media nie naglosnily tej sprawy. Zrobil sie nieprzyjemny zgrzyt. Okazalo sie, ze Polacy nielegalnie umiescili tablice na glazie memorialnym, chcac w ten sposob upamietnic pamiec ofiar, ktore zginely rok temu pod Smolenskiem na czele z prezydentem Kaczynskim. Jednak tresc napisu nie odpowiadala stronie rosyjskiej i choc od listopada ubieglego roku informowano o tym Polakow nic w tej sprawie nie zrobiono. Nasi dzielni dyplomaci od Radka Sikorskiego wzorem filozofii calego rzadu Donalda Tuska polozyli uszy po sobie i myslac, ze jakos to bedzie poszli jak zwykle grac w pile. Wiec wyszla kupa.
Przez cala noc przed wyjazdem do Smolenska Tusk, Gras i Komorowski zamkneli sie w szafie, radzac jak wybrnac z tej sytuacji. Odwolanie wizyty nie wchodzilo w rachube bo przyjaciol Rosjan obrazac nie mozna. W koncu postanowiono, ze prezydent pojedzie i na miejscu po mesku sprawe zalatwi. Jak tak to tak.
Z samego ranka dnia jedenastego pan prezydent Bul wylecial w podroz do Smolenska. Najpierw udal sie do Moskwy aby potem transportem kolowym dojechac na miejsce. W tym czasie prezydent Wszechrosji swoim nowiutkim francuskim odrzutowcem wylecial do Smolenska ladujac triumfalnie na lotnisku Siewiernyj. To bylo to samo lotnisko na ktorym rok temu rozbil sie samolot polskiego prezydenta. Rosyjskie media obwieszczaly zwyciesko - "patrzcie, nasz prezydent sie nie boi, jezeli tylko ma sie wyszkolonych pilotow i przestrzega sie procedut i warunkow pogodowych to nawet pijany general z kartoflem na pokladzie nie przeszkodza w udanym ladowaniu!!!"
Miedwiediew wysiadl z samolotu, skinal laskawie swoim poddanym, rozejrzal sie wokolo i nie widzac naszego Bula udal sie z gospodarska wizyta do fabryki skarpetek.
Media poswiecily temu wydarzeniu wiele uwagi. Dowiedzielismy sie, ze zaklad smolenski zatrudnia 800 pracownikow i szyje skarpetki nawet dla kosmonautow. Prezydent Wszechrosji zostal obdarowany tuzinem par skarpet z recznie wygrawerowanymi inicjalami zlota nitka.
W tym czasie nasz biedny prezydent Komorowski telepal sie szosa, pokonujac dzielnie dystans prawie 400 kilometrow. Kiedy wreszcie przybyl do Smolenska czekal juz na niego, odziany w nowe kosmiczne skarpety Miedwiediew z audiencja w miejskiej bibliotece. O czym rozmawiali dwaj mezowie stanu milcza media. Wiemy tylko tyle, ze ustalono budowe pomnika a tablica jaka na nim zawisnie bedzie wspolnie uzgadniana. Jesli Komorowski wygarnal cos Miedwiediewowi nic a nic nie mozna bylo po nim poznac.
Nastepnie obaj prezydenci udali sie na lotnisko Siewiernyj, gdzie pod zlamana brzoza, a nie pod kontrowersyjnym glazem zlozono wience.
Wreszcie pojechano do Katynia. Tu znowu odbyl sie ceremonial skladania wiencow i, co zauwazyli nawet ci niechetni prezydentowi Rosji, Miedwiediew w milczeniu pochylil glowe.
Na tym gescie przywodcy rosyjskiego skonczyl sie jego udzial w obchodach katynskich. Nasz Komorowski odprowadzil dostojnego goscia do samolotu i pomachal mu na pozegnanie. Miedwiediew uprzejmie odwzajemnil gest i w obloku odrzutowych spalin pofrunal do stolicy, gdzie czekal na niego wykwitny posilek. Bronislaw wdychajac rozgrzane powietrze z podziwem obserwowal smukla sylwetke oddalajacego sie Phantoma.
Polski prezydent powrocil na cmentarz katynski gdzie uczestniczyl we mszy swietej i przeczytal przemowienie Lecha Kaczynskiego z ubieglego roku.
Niestety zrobilo sie pozno i Bronislaw Komorowski nie mogl zostac na obiedzie. Czekala go bowiem czterogodzinna jazda do Moskwy a potem lot do Warszawy.
Gdy powrocil poznym wieczorem do stolicy, zmeczony, zziajany i spocony, czekala na niego w Belwederze Anna z bigosem.
W nagrode za trudy pan prezydent przyznal sobie nagrode specjalna w wysokosci 50 tysiecy zlotych.


Komentarze
Pokaż komentarze (9)