Active lifestyle
To nie jest kolejny blog fitnessowego kaznodziei. Fajnie jest być sprawnym, zdrowym i czasem gnać ku wolności! Dlatego dzielę się tym, co otrzymałem od innych. Jeśli choć jedna osoba z tego skorzysta, to znaczy, że było warto.
2 obserwujących
14 notek
22k odsłony
660 odsłon

Long day in Arctic - Trekking przez Spitsbergen #3

Piękna, nieokiełznana przez człowieka, natura Svalbardu
Piękna, nieokiełznana przez człowieka, natura Svalbardu
Wykop Skomentuj4

Po godzinnym podejściu, docieramy do miejsca, w którym nie wiadomo co dalej. Z jednej strony słusznych rozmiarów nawis śnieżny a z drugiej stroma biała piramida. Mielibyśmy tam iść bez liny i raków!?

Poniższa opowieść jest kontynuacją historii, dostępnej pod adresami: Trekking #1 Trekking #2

Barentsburg to dawne górnicze miasteczko, które lata świetności ma raczej za sobą (obecnie mieszka w nim niecałe 500 osób). Dalej jednak funkcjonują w nim gastronomia oraz turystyka a w razie potrzeby działa również szpital. Ciekawostka, że większość transaksji załatwia się w rublach, chociaż gotówkę przyjmują w nielicznych miejscach. Zakwaterowaliśmy się w hostelu za marne (jak na lokalne standardy) 600 koron i poszliśmy do Czerwonego Niedźwiedzia. W przytulnym lokalu od razu poczuliśmy się senni, na szczęście nie musieliśmy długo czekać na piwo Baltika oraz zupę rybną. Po kolacji ustawiłem buty na dworze, by arktyczny wiatr nieco je osuszył i wymieniem kilka SMS-ów z Ukochaną (na szczęście działają tam norweskie – a nie rosyjskie sieci GSM).

Wzmocniony 9 godzinami snu, wstałem podczas gdy mój kompan jeszcze spał, poszedłem więc do sklepu, gdzie można było kupić rosyjskie specjały. Potem w schludnej i dobrze wyposażonej kuchni zjedliśmy śniadanie: jajecznicę na kiełbasie i kilka grzanek z mikrofalówki. Niestety kawa, którą nabyłem, okazała się rozpuszczalna ale ostatecznie lepsza taka, niż żadna! Mój niezawodny solarny power bank naładował się nieco na parapecie i wszystko było względnie gotowe do dalszej drogi. Tym razem zaplanowaliśmy skrócić sobie trasę przez góry, tak by móc dotrzeć do chaty Rusanowa bez postoju na biwakowanie. Czekolady i pierniczki wzbogaciły naszą aprowizację a my, podekscytowani wymyślonym przez siebie udoskonaleniem szlaku, zaczęliśmy zbierać się do wymarszu.

image
Kaplica Zaśnięcia Matki Bożej w Barentsburgu – źródło: zasoby własne

W drogę powrotną wyruszyliśmy 9 czerwca, spędziwszy na miejscu niecałą dobę, co nam nie wystarczyło na odwiedzenie żadnych atrakcji. Zamiast pokonywania nudną szosą ok 6 kilometrów, wybraliśmy teren o nieco bardziej urozmaiconej rzeźbie. Mapa Google (satelitarna oczywiście) pokazywała przełączkę, która powinna doprowadzić nas w pożądane miejsce na trasie. Co prawda lokalni rezydenci przestrzegali nas przed niebezpiecznymi górskimi rzekami ale postanowiliśmy spróbować. Z zapałem i sporą ilością prowiantu wystartowaliśmy pod górę, w kierunku odwrotnym do tego, z którego przybyliśmy. Po przejściu ok 3 km stanęliśmy na płaskowyżu przed dylematem, którędy powinniśmy dalej iść.

Z jednej strony znajdowała się grań okraszona całkiem pokaźnym nawisem śnieżnym, przez który przejście byłoby dość ryzykowne. Alternatywą było podejście na ponad 500-metrowy biały kopiec, z którego możnaby próbować dotrzeć grzbietem do płaskowyżu, dzielącego nas od doliny Hollenderdallen. Pomysł kuszący ale w obliczu braku sprzętu alpinistycznego (poza czekanami, uprzężami i kawałkiem linki) mało bezpieczny. Po szybkiej naradzie zdecydowaliśmy się na odpuszczenie tej trasy i paszli nazad ponownie w kierunku Barentsburga. Przekonanie się, że czasem sprawdzona i mniej pachnąca przygodą droga jest lepsza, kosztowało nas 2 godziny i parę ekstra kilometrów.

image
Romantyzm czy przygoda? Jednodniowy rejs okrętem po Arktyce – źródło: zasoby własne

Pierwszy postój mieliśmy na końcu szosy, pod starym budynkiem, który w przyszłości być może zostanie najlepszą tawerną na zachód od Longyeargradu. Po 20-minutowej przerwie spotkała nas pierwsza miła niespodzianka na tym etapie ekspedycji: w rzece pod zarwanym mostem jakby było mniej wody! Wtedy w moim sercu zapłonęła nadzieja, iż uda się przejść rzeki Hollenderdalen bez drałowania w górę doliny. Z obserwacji metereologicznych wiedzieliśmy, że przez ostatnie dwa dni słońce było schowane za chmurami a z kolei w miejscu naszego obozu śnieg całkiem dziarsko się trzymał. Zatem istniały realne szanse, iż we wszystkich okolicznych rzekach poziom wód będzie znacząco niższy niż poprzednio.

I tak prężnie maszerowaliśmy z wizją nadrobienia dodatkowych kilometrów z nietrafionego skrótu w dolinie, która za ostatnim razem zabiła nam ćwieka rozmiarów stacji kosmicznej МИР. Kolejne strumienie jeszcze bardziej dodawały nam otuchy i łykaliśmy je niczym grubas parówki wieprzowe na kolację. W końcu około godziny 22:00 dotarliśmy do naszego Gangesu i niewiele zwlekając, zażyliśmy pierwszej tego dnia kąpieli od kolan w dół. Staraliśmy się wybierać miejsca, gdzie woda płynęła nieco szerzej, zakładając że tam powinna być płytsza i mieć bardziej łagodny nurt. Poszło niespodziewanie gładko i nawet zanadto nie zmarzliśmy, bo chociaż woda nadal była lodowata, to tego dnia wiatr wiał dużo bardziej wstrzemięźliwie. 

Wykop Skomentuj4
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale Sport