Nietęgie miny muszą mieć wszyscy, którzy nie zostawiają na Poczcie Polskiej suchej nitki - że niby zacofana, że pani Gienia w okienku może przegryźć szyję w przypadku złego humoru (praktycznie codziennie), że człowiek dostaje awizo do skrzynki nawet gdy spokojnie siedzi w domu, i tak dalej, i tak dalej. Załamywania rąk było co niemiara, a poniektórzy z desperacją wyczekiwali otwarcia rynku przesyłek (bodajże kilkakrotnie już przekładanego - by żyło się lepiej w spółkach skarbu Państwa) i złamania pradawnego monopolu Krajowego molocha.
Wszystkie swoje kalumnie, wszystkie swoje gorzkie żale i narzekania musicie teraz odszczekać, niedowiarki. Na Naszych oczach dzieje się historia - Poczta Polska się komputeryzuje. To nie żart. Sam przecierałem oczy ze zdumienia, ale, jak mawiała posłanka Beger, to fakt autentyczny. Mało tego, że doręczyciele się komputeryzują - oni dokładnie wiedzą jak to zrobić, co, sami Państwo przyznają, w skali Naszego "nowoczesnego" Państwa jest już pewnym ewenementem. Wprawdzie tradycja nazwijmy to "uszczegółowionych do bólu" przetargów publicznych jest w III Rzeczypospolitej długa i wciąż niezbadana (to, co ujawniają dziennikarze, to wierzchołek góry lodowej), ale do tej pory celowano jednak w samochody, tak wymyślając warunki, że ostatecznie wygrywała konkretna limuzyna.
Tutaj mamy niespodziankę, jak wspominałem. Pocztowcy chcą kupić ponad pięć tysięcy komputerów - zatem całkowita wartość kontraktu oscylować ma w granicach 10 milionów złotych. Niby niewiele, jak porówna się tą kwotę ze "znikającymi" kwotami w administracji publicznej, lub przy okazji przygotowań do "imprezy stulecia" - ale nie zapominajmy, że w akompaniamencie szlochów i wyciągania żebraczej dłoni Poczta zwija się z małych wiosek, rozpaczliwie szukając oszczędności. Jeśli więc pocztowi włodarze przekazują Nam prawdziwy obraz swojej firmy, to owe 10 milionów robi różnicę.
Wiadomo, że nikt w dzisiejszych trudnych czasach dziesięcioma bańkami nie pogardzi, toteż odpowiedzi wpłynęło sporo, i to od poważnych graczy, bowiem wadium nie należało do niskich. Poczta naturalnie ucieszyła się z szalonego zainteresowania - przecież im więcej ofert, tym większa konkurencja, a i wymóg najniższej ceny spokojnie będzie można wypełnić. Doręczyciele tak się radowali, że trzykrotnie przekładali termin rozstrzygnięcia przetargu, najpewniej dlatego, by na spokojnie przyjrzeć się wszystkim propozycjom.
I tu do głosu doszli - najwyraźniej - pocztowi informatycy, nad którymi stać musiało kilka "garniturów" z przyklejonymi do uszu komórkami, przez które non-stop nawijali z kimś z zewnątrz. Efektem "burzy mózgów" okazało się być opublikowanie konkretnych specyfikacji technicznych - między innymi przesadnie konkretne oczekiwania wobec mało w sumie istotnego systemu BIOS (ech, te informatyczne żarciki - ale cóż biedni chłopcy mieli zrobić, skoro szefostwo oczekiwało?). W zasadzie, podobnie jak w omawianym przypadku limuzyn, kryteria takowe spełniała tylko jedna firma.
Inni oczywiście zaprotestowali - na tyle skutecznie, że Krajowa Izba Odwoławcza przyznała im rację i wezwała pocztowców do "unormalnienia" zapisów przetargu. Poczta skłoniła pokornie głowę, zapewniając, że wszystko będzie już tip-top. Termin przetargu po raz kolejny przesunięto (wnioskując po zawrotnym tempie, nieszczęsne komputery nie są na gwałt potrzebne, jest więc sens wyrzucać 10 milionów?), ale żaden z pracowników biura prasowego czy z dyrekcji nie zechciał "zejść na ziemię" i odpowiedzieć "motłochowi" dziennikarskiemu na pytanie, dlaczegóż to właściwie zmieniono reguły podczas trwania przetargu.
Na stronie internetowej Poczty możemy z kolei przeczytać zatroskane kajanie się prezesa firmy - że o niczym nie wiedział, następnie straszenie mglistymi "surowymi konsekwencjami", obietnica "nowych, klarownych procedur", i tak dalej, i tak dalej. Podobno ma być jakiś audyt odnośnie tegoż przetargu. Znając życie w "dojrzałym, europejskim kapitaliźmie" Polskim Cygana wyrzucą (jakiś biedny informatyk, chałturzący na umowę-zlecenie - że niby "przekroczył kompetencje") a Kowal strzepnie pyłki z garnituru Versace, zadzwoni prędko do siedziby partii i za tydzień, dwa, zostanie oddelegowany na kierownicze stanowisko w innej spółce Państwowej.
Tylko jednak trochę tych 10 milionów żal. Już nie wspominając o zdziczeniu obyczajów. Ktoś kiedyś miał mądry - przynajmniej na papierze - pomysł, by przetargi publiczne prowadziły zewnętrzne firmy, odporne na "telefony z zewnątrz" i na "przyjaciół z miasta". Niby idea dobra, ale taką firmę też trzeba byłoby wybrać w przetargu...
402
BLOG



Komentarze
Pokaż komentarze (4)