trescharchi trescharchi
7076
BLOG

Tragifarsa z Marcinkiewiczem w tle.

trescharchi trescharchi Polityka Obserwuj notkę 97

A jednak! Wyszło na jaw, że Kazimierz Marcinkiewicz posiada większe kompetencje, niż się Nam wszystkim wydawało. Do tej pory sądzono powszechnie, że były premier Rzeczypospolitej skutecznie kompromituje ów tytuł (doprawdy, nie jest on jeszcze do cna skompromitowany, ale powolutku płyniemy w tę stronę) - przyjmując zaproszenie do tabloidowego tańca, który z mniejszym lub większym nagromadzeniem żenady trwał kilka lat. Niegdyś, gdy Marcinkiewicz odpływał w niesławie z Polskiej polityki, ktoś mądry rzekł prorocze słowa - śmiejcie się śmiejcie, ale koledzy z głodu zginąć mu nie dadzą.

I nie dali. Okazało się, że były premier doradza (bez kozery można by powiedzieć: chałturzy) pewnej spółce DSS. Pod tą enigmatyczną nazwą kryje się konsorcjum, które rząd Polski obdarzył wielkim zaufaniem (i jeszcze większymi pieniędzmi) przyznając strategiczne zamówienie (z wolnej ręki, bez przetargu) na prędkie dokończenie niesławnej autostrady rozgrzebanej przez Chińczyków. Dziś już wiadomo, że gdy Cezary Grabarczyk (wicemarszałek obecnego Sejmu, zawsze warto to przypominać) wybierał DSS do przejęcia pałeczki w drogowej sztafecie, musiał wiedzieć o tym, że spółka żoną Cezara bynajmniej nie była i swoje grzeszki w przeszłości miała.

Przy wydatnej pomocy Marcinkiewicza - który z ramienia spółki negocjował z Ministerstwem Skarbu Państwa (bezwstydnie wykorzystując dziurawe przepisy ustawy o lobbingu - cóż począć, uchwalenie nowej nikomu się nie opłaca) DSS usiłowała rozegrać dla siebie prywatyzację kopalni w Złotoryi, mimo tego, że nie dokonała żadnych wpłat do Państwowej kasy. A związkowcy i fachowcy jednym głosem alarmowali, że spółka jest podejrzanie preferencyjnie traktowana przez Ministerstwo pana Aleksandra Grada (tegoż, co miał być na cito odwołany po aferze Katarskiej, której w końcu podobnież nie było - zawsze warto to przypominać).

Cała sprawa ze Złotoryją skończyła się w taki sposób, że DSS nie wywiązywała się z płatności do budżetu Państwa, co w żaden sposób nie przeszkadzało wspomnianemu Grabarczykowi obdarzyć ich zaufaniem przy budowie autostrady. Kontrakt chybcikiem podpisano, ustalając jego niebagatelną wartość na ponad 700 milionów złotych. Przy czym warto dodać, że minister Grabarczyk kłamał podwykonawcom i dziennikarzom w żywe oczy, zapewniając kłamliwie o dokładnym prześwietleniu kondycji finansowej tajemniczej spółki (wiedząc o jej zaległościach, naturalnie). Podobne kłamstwa bez żenady powtarzał Sławomir Nowak - jemu akurat można wybaczyć, bo człowiek autentycznie nie ma bladego pojęcia o tym, co dzieje się w jego resorcie - do tej pory zajęty był raczej "sprawami kadrowymi" tj. upychaniem po stanowiskach swoich licznych "ziomali".

Naturalnie cudów w biznesie - nawet w Polskim "magicznym kapitaliźmie" - nie ma, i DSS upadła sądownie, co minister Grabarczyk zbył pewnie stwierdzeniem, że przecież teraz jest we władzach Sejmu i "nic nie pamięta", a minister Nowak po prostu uśmiechnął się olśniewająco, co wprawiło gąski-dziennikarki w rozkoszny stupor i obiecały nie pytać więcej. Sztandarowa droga na Euro - Donald Tusk dawał słowo "honoru", że będzie gotowa na Mistrzostwa - stoi rozgrzebana, podwykonawcy bankrutują powiększając bezrobocie, minister Rostowski plecie androny o wzroście gospodarczym. Nikt nie jest winny - po prostu "stało się". Pech. Gdzie drwa rąbią, tam wióry lecą.

A Kazimierz Marcinkiewicz? Cóż, ten od "upadającej" spółki DSS dostał niemałe wynagrodzenie za swoje dobre rady i jeszcze lepsze kontakty wśród urzędników. Były premier zarzeka się, że jego "chałtura" nie jest lobbowaniem - istotnie, nigdy jako lobbysta się nie zarejestrował, działając gdzieś w cieniu ministerialnych kuluarów. A ktokolwiek z posłów (dziwnym trafem, tylko opozycja jest zainteresowana w wyjaśnieniu tego skandalu - okazuje się, że jednak robią coś poza Smoleńskiem, Gazeto Wyborczo) zapyta ministerstwa, o cóż tak naprawdę chodzi - natrafi na solidny mur z pruskiej cegły, na którym ktoś białą farbą wypisał slogan "nic nie wiemy".

Dziki kraj, jak mawiał Miro. Biedny, zaszczuty Miro, który w całej nagonce na swoją osobę zapomniał o posiadaniu domu na Florydzie. Także z pewnością wiedział co mówi o tym dzikim kraju.

 

trescharchi
O mnie trescharchi

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (97)

Inne tematy w dziale Polityka