Ilekroć posłucha się dyżurnych euroentuzjastów w rządzie Donalda Tuska, tym mocniej człowiek ma przekonanie, że może i nie jest w Kraju (jeszcze) tak fajnie, jak miało być w myśl obietnic przedwyborczych, ale w Brukseli zasadniczo jesteśmy potęgą, z którą liczą się najwięksi. Pewnym zaskoczeniem może być natomiast to, że takowym dyżurnym "cieszącym się do sera" nie jest Nasz minister spraw zagranicznych - co widzę Radka Sikorskiego, to mam nieodparte wrażenie, iż Unia mu lotto i przebiera tylko nogami, by znów powrócić do pięknej Ameryki, gdzie żelazna Hillary Clinton weźmie go pod obcas i po raz wtóry zbałamuci mitycznymi wizami. Ale, jak kiedyś wywodziłem, Radek Sikorski jest pisowską "V kolumną" w Partii Miłości i wszelkie ekstraordynaryjne zachowania są dlań normą.
Donald Tusk - a za nim jego ministrowie, a za ministrami tabuny przeróżnej maści komentatorów medialnych na każdym kroku podkreślają jakoby to spokojna, "uśmiechnięta" dyplomacja (jakże odmienna od dawnej, powiadają, gdyśmy wojowali o wszystko ze wszystkimi) przynosiła nadspodziewanie bogaty plon w kochającej Polskę Unii Europejskiej. Każdorazowo po powrocie z Brukseli Tusk peroruje na konferencjach prasowych, jak bardzo Nasz Kraj imponuje "starym" członkom Wspólnoty i jakże mocno wszyscy zazdroszczą Nam (oczywiście zazdroszczą "łagodnie" - w "nowoczesnej" Unii nie ma miejsca na agresję) - primo, rozprawienia się na dobre z tymi, co jątrzyli (a teraz znów podnoszą głowy), secundo tego, żeśmy Zieloną Wyspą na szalejącym oceanie kryzysu.
Donald Tusk rządzi już wystarczająco długo, by bardziej wnikliwi obserwatorzy jego poczynań nauczyli się filtrować słowa premiera - niegdyś, gdy jeszcze nie miał tak zszarganych nerwów trzeba było używać wyjątkowo drobnego sita, by wychwycić subtelne "minięcia się z prawdą" (obniżenie podatków np.), obecnie jednak to zabawa dla każdego - "grubość" przeinaczeń rośnie z tygodnia na tydzień i każdą "pomyłkę" można bez trudu schwycić w stare, poszarpane sieci Polskich rybaków, dorzynanych przez Brukselę limitami połowów.
Dlategóż zdziwić nie może prawda, jaka krzykliwie wyziera spod "promiennych" uśmiechów i powtarzanych co chwila zapewnień o tym, że jest dobrze. To jak w starym, a wciąż aktualnym powiedzeniu o "Gazecie Wyborczej" - im częsciej na jej łamach pojawiają się teksty na konkretny temat, tym pewniejsze jest to, że sprawa ma się dokładnie odwrotnie. Dlategóż, powiadam, zdziwić nie może, żeśmy w ogonie Unii Europejskiej. To znaczy, dzięki wesołej twórczości rządów Platformy, jesteśmy w wielu ogonach od dobrych paru lat, ale snucie się wśród maruderów w niektórych kategoriach boli bardziej.
Unia Europejska jest "mokrym snem" biurokraty doskonałego - potężnym, niesterowalnym molochem administracyjno-urzędniczym, karmiącym się okólnikami, rozporządzeniami, uchwałami i ustawami. To prowadzi do prostej (nie dla Polskiego rządu, jak widać) konstatacji, że najważniejszymi elementami Unii nie są bynajmniej ministrowie, premierzy. Clou brukselskiego krwioobiegu stanowią urzędnicy właśnie - bezimienne jednakowe garnitury, nie wychodzące na światło dzienne ze swoich klimatyzowanych pieczar ze szkła i stali. Ale bezimienność owa nie spowodowała odebrania im paszportów - każdy z "krawatów" pochodzi z jakiegoś kraju członkowskiego i ojczyźnie swojej (przynajmniej dopóki Unia nie wypierze dostatecznie terminu "patriotyzm") służy najlepiej jak potrafi.
Większość kluczowych stanowisk urzędniczych zajmują ludzie ze starej Unii - znający się od lat, połączeni wspólnymi interesami, niechętnie dopuszczający "nową krew" do swojego zamkniętego grona. Prawda, że upchnięcie Polskiego urzędnika - wciąż pojmowanego w Unii jako niewykształconego dzikusa z "bramy Azji" - jest zadaniem arcytrudnym, ale nie niemożliwym. Wystarczy tylko chcieć, mieć dużo samozaparcia i chęci do ciężkiej, organicznej pracy u podstaw, to jest ucierania stanowisk w zaciszach setek gabinetów. Naturalne, że pod lekką ręką najmniej pracowitego premiera w dziejach III Rzeczypospolitej Polska nawet palcem nie kiwnie, żeby chociaż zawalczyć.
Z hurraoptymistycznych słów Donalda Tuska wynikałoby, że jesteśmy "szóstą siłą" w Unii Europejskiej, z jaką każdy musi się liczyć. Podczas Naszej "wyjątkowo udanej" prezydencji pojawiały się nawet głosy, że zaczynamy "trząść" Brukselą, z impetem młodych gniewnych. Przeczą temu - ostatnio panu premierowi przeczy coraz więcej prostych faktów, wychodzących na jaw (zły to prognostyk na dalsze jego losy) - suche liczby. Dziennikarze porównują przykłady podobnych państw - Hiszpanii i Polski. Okazuje się, że nawet w konfrontacji z drugoligowym krajem unijnym przegrywamy w liczbie urzędników - i to bardzo drastycznie (stosunek 700-50 np.). Strach pomyśleć, jak wiele dzieli Nas od tuzów europejskich - dystans, który wciąż się powiększa i praktycznie staje się dystansem już nawet nie do nadrobienia, ale choćby do nadgonienia.
A Donald Tusk? Cóż, ktoś kiedyś ośmielił zapytać się premiera o te "trudne sprawy", narażając się na gniewne fuknięcia Grasia i brak zaproszenia na kolejną konferencję. Odpowiedź Lekkoducha z Kaszub dziwić nie może: "Nie jestem biurem pośrednictwa. Nie jest moim zadaniem znalezienie pracy dla maksymalnej liczby urzędników".
Naturalnie pan premier mówił o Unii Europejskiej. Na Krajowym podwórku "Biuro Pośrednictwa" Platformy Obywatelskiej jest obecnie jednym z najprężniej działających przedsiębiorstw (spółdzielni?). Aż szkoda, że nie może wejść na giełdę. By żyło się lepiej!
1403
BLOG



Komentarze
Pokaż komentarze (15)