Im dłużej obserwuje się poczynania Jarosława Gowina, tym bardziej wypada utwierdzić się w przekonaniu, że mianowany ku zaskoczeniu wszystkich minister sprawiedliwości nie nadaje się na to stanowisko. Okazało się przeto, iż nagłe zejście z nader wygodnej loży "kompasu moralnego" Platformy, recenzującego poczynania swoich kolegów i opozycji było dla Gowina zbyt drastycznym szokiem. Zadziwiające jak - nawet na tle słabiutkiego rządu - kiepsko poczynają sobie sztandarowe pomysły Tuska na zdynamizowanie gabinetu w nowej kadencji. Mucha, Arłukowicz i Gowin wleką się w ogonie ministrów i ledwie pół roku starczyło tej trójce do godziwego zapracowania na tytuły najfatalniejszych posunięć personalnych premiera. Mucha kompromituje siebie i swój urząd (o powadze Państwa nie wspominając) co drugą swoją decyzją i wypowiedzią, zaś Arłukowicz znika na całe tygodnie i trudno doprawdy dojść do tego, cóż młody działacz lewicy robi z powiększającym się chaosem na swym poletku.
A Gowin? Gowin zabrał się do swoich "obowiązków" (w przypadku tegoż rządu cudzysłów przy obowiązkach jest jak najbardziej wskazany) z pewnym impetem, przypominając raczej słonia w składzie porcelany niż wytrawnego statystę, ale takie ożywienie skostniałego po kadencji Kwiatkowskiego resortu mogło się z początku podobać. Niestety - zarówno dla samego Gowina, jak i dla Kraju - doszło wreszcie do czarnego scenariusza, który prognozowali co bardziej roztropniejsi komentatorzy. Minister sprawiedliwości nie posiada praktycznie żadnego zaplecza w łonie własnej partii - na stanowisko nie wypchnęła go żadna "spółdzielnia", nie został przywieziony Tuskowi w "teczce", jest tylko i aż samodzielną decyzją polityczną premiera. A poparcie Tuska - łaska króla na pstrym koniu jeździ - stanowi rzecz wielce niepewną i raz jest, a raz go nie ma.
Dlategóż dzisiaj Jarosław Gowin jest nadwiślańską karykaturą Don Kichota, na tyle samotną, że nawet Sancho Pansy przy jego boku nie uświadczysz. Ogłasza jakiś pomysł - i albo musi się z niego rakiem wycofywać, bo nie ma siły przebicia, by ktokolwiek go poparł, albo desperacko usiłuje zjednać sobie sojuszników, wymyślając tak szkodliwe dla Państwa idee jak zaprzestanie ścigania za błędy popełnione w oświadczeniach majątkowych polityków. Teraz dziennikarze donoszą, że sztandarowy pomysł ministra - depenalizacja obrotu gospodarczego - dla którego to pomysłu resort zaproponował niemal sto zmian w przepisach, upada. Upada wobec oporu sił politycznych i sił gospodarczych, któremu to frontowi opuszczony i słaby Gowin dać rady nie może, dlatego zawczasu wywiesza białą flagę.
Naturalnie, ministerstwo do żadnej porażki się nie przyzna - w końcu zbyt wielu dyrektorów i wicedyrektorów (najczęściej p.o.) machnęło pod projektami swoje podpisy. Mówi się przeto dyplomatycznie, że właściwie te zakładane sto zmian to był tylko "test" i nie widzimy przeszkód, by teraz zasiąść do rozmów z zainteresowanymi środowiskami i wespół z nimi wypracować nowe pomysły. Ani chybi cała sprawa została odłożona na "święte nigdy", i nagłe zliberalizowanie prawa, plus odchodzenie od ścigania wielu przestępstw gospodarczych na razie Nam nie grozi. Zaszwankowała tylko - który to już raz - powaga Państwa, którego konstytucyjny minister naprędce pisze na kolanie niedopracowane projekty złego prawa.
Współczuję Jarosławowi Gowinowi. W zasadzie, jak tak patrzę na "troje muszkieterów", to po ich minach nawet psycholog-amator wywnioskuje, że im dłużej zasiadają w rządowych ławach, tym bardziej uzmysławiają sobie, jaką niedźwiedzią przysługę zrobił im Donald Tusk. I z drżeniem serca trzeba oczekiwać na kolejne działania ministra sprawiedliwości - Nasz Don Kichot nie powiedział jeszcze ostatniego słowa w walce z prawnymi wiatrakami. A może opozycja uczyniłaby przysługę krakowskiemu działaczowi i wykoncypowała jakieś wotum nieufności? Nie zdziwiłbym się, gdyby sam Gowin głosował za własnym odwołaniem.
1513
BLOG



Komentarze
Pokaż komentarze (21)