trescharchi trescharchi
1248
BLOG

To nie jest kraj dla chorych ludzi - po raz enty.

trescharchi trescharchi Polityka Obserwuj notkę 4

Wytłumaczenia są dwa. Albo jestem - co delikatnie i życzliwie sugerują moi bliscy - raczkującym hipochondrykiem, który zabezpiecza sobie teren na przyszłość, gdy dopadnie przeklęta starość, albo mam niezdrową (zwłaszcza u mężczyzny) obsesję na punkcie Bartosza Arłukowicza, wciąż (jak długo jeszcze?) panującego Nam ministra zdrowia. Jak sądzę, obie wersje są prawdziwe - ale tłumacząc się z tej drugiej muszę zaznaczyć, że po prostu w mojej głowie pomieścić się nie potrafi, jakże to możliwe : niby lekarz, niby przysięga Hipokratesa, niby młody, rzutki facet, a jednak zdołał wszystkich tak bardzo wyprowadzić na manowce co do oczekiwań odnośnie własnej osoby. Można jak mantrę powtarzać, że dostał stanowisko w ramach politycznej łapówki, i będzie to święta racja. Można bronić Arłukowicza, że zastał w resorcie straszliwy bałagan po swojej fatalnej poprzedniczce, że z dobrodziejstwem inwentarza otrzymał w pakiecie zblazowanego, amatorskiego prezesa NFZ-u forowanego przez tą poprzedniczkę, i to też będzie prawda. Ale każdy okres ochronny - jakby powiedział prezydent Komorowski - kiedyś się kończy. Na wszystko i na wszystkich.

Boleć musi człowieka, któremu leży na sercu troska o zdrowie swoich najbliższych tak ordynarne kupczenie jednym z najbardziej newralgicznych (zwłaszcza w tak starzejącym się Społeczeństwie) resortów - nijak to ma się do frazesów Donalda Tuska, solennie obiecującego po przejęciu władzy nadejście (wreszcie!) czasów powszechnego szacunku Państwa dla Obywatela. Okazało się to mrzonką, tym smutniejszą, że dotyczącą ludzkich problemów; nawet zwolennicy PO, których mam zaszczyt znać (zaiste przyzwoici ludzie, jeno trochę błądzący) przyznają bez ogródek, że co jak co, ale sukcesów na polu medycznym rządy Tuska żadnych nie mają, wręcz przeciwnie - fatalna polityka kadrowa (Kopacz, a teraz Arłukowicz) degrengoladę Polskiej medycyny jeszcze pogłębiła. Naturalnie nie można obwiniać PO o całe zło tego świata, bo i poprzednie ekipy mają sporo za uszami w kwestii bałaganu w służbie zdrowia, ale pięć lat rządzenia to wystarczający okres, by ruszyć jakieś systemy naprawcze do przodu. No ale szanujmy się, nie sposób naprawiać systemu za pomocą aroganckiej byłej dyrektorki ZOZ-u w Szydłowcu, zatrudnionej na zasadzie osobistej zażyłości z premierem.

Dla jej następcy - człowieka, który przez raptem 9 miesięcy rządów zdążył skompromitować się już lenistwem i amatorszczyzną - nadchodzą wyjątkowo ciężkie dni. Naczelna Rada Lekarska chce, żeby od 1 lipca (PR-owcy premiera już pracują nad przekuciem tegoż ultimatum w "psucie radości z Euro") lekarze wypisywali pełnopłatne recepty na leki refundowane, z powodu nieszczęsnego zarządzenia eks - prezesa NFZ, Paszkiewicza Jacka, faworyta eks - minister Kopacz. Z tym rozporządzeniem to w ogóle jest ciekawa historia, pokazująca jak na dłoni arogancję władzy względem środowisk ośmielających się stanąć okoniem - zapisy o karaniu lekarzy za błędne wypisanie recept najpierw (pod wpływem protestów) wyparowały z projektu ustawy, aby potem cudownym zbiegiem okoliczności znaleźć się w rzeczonym zarządzeniu ("nie mamy Pańskiego płaszcza i co Nam Pan zrobi?"). Można? Można. Pokrzyczą, pokrzyczą, a w mediach przedstawi się ich jako "hamulcowych" postępu. A jeszcze lepiej, jak zacznie gardłować za nimi opozycja, no, to wówczas będziemy mieli używanie i obrócimy kota ogonem.

Sprawa jest jednak o tyle niepokojąca dla PR-owców premiera (jak sądzę, Arłukowicz jest w środowisku PO jeszcze zbyt krótko, by zrozumieć zasadę : sondaże ponad wszystkim) że protest dotknie przede wszystkim pacjentów - którzy i tak już są wystarczająco cięci na światłą politykę rządu, zapewniającą im kwitnięcie w ogonkach do lekarzy, oczekiwanie na zabiegi liczone już nie w kwartałach, a latach, i tak dalej, i tak dalej. A ponieważ choruje wcale niemała armia wyborców - cuś należy z tym szybko zrobić, oczywiście tylko w trybie "pokazania się" w mediach i używania górnolotnych zapewnień. Na razie Arłukowicz prosi lekarzy o wstrzymanie się do czasu wyboru nowego prezesa NFZ - bowiem według jego słów jest to już niemal dopięte na ostatni guzik, a nowy szef z pewnością (zupełnie jak poprzedni) będzie "cieszył się zaufaniem".

Z jednej strony argumenty ministra są całkiem rozsądne, chociaż niepokojem napawa jego stwierdzenie, że "zgłaszał uwagi do zarządzenia" Paszkieiwcza. Cóż, nie świadczy to dobrze o arłukowiczowskim zaangażowaniu i kompetencji, skoro mimo dostrzegania takiego punktu zapalnego (oprotestowanego przez lekarzy już wówczas) machnął na to ręką i zaczekał, aż sytuacja zacznie nabrzmiewać - a jego samego zaczną gonić terminy, już nie wspominając o niepotrzebnym narażaniu pacjentów na nerwy. To jednak kwestia wrażliwości społecznej i gotowości do służenia ludziom - a tego w gronie nienagannych, drogich garniturów rządowych ze świecą szukać. Sprawa na razie tkwi w impasie, a czas nieubłaganie biegnie naprzód. Kto da lekarzom gwarancję, że nowy prezes NFZ - wybrany z pewnością z polecenia Arłukowicza - nie będzie tak samo niekompetentny i stawiający na swoim jak poprzednik? Raz się już na deklaracjach rządu nacięli, dlaczegóż mają zaufać po raz drugi? Bo uprzejmie prosi ich człowiek, o którym wiadomo, że nie znalazł jeszcze czasu na podpisanie niektórych rozporządzeń z lutego? Człowiek, który na jedno skinienie Donalda Tuska porzucił tak szumnie reklamowany resort d/s wykluczonych, w efekcie czego doprowadzając go do likwidacji?

Czarno widzę przyszłość Polskiej służby zdrowia pod egidą obecnej partii rządzącej. Widać, że Donald Tusk i jego współpracownicy nie mają absolutnie żadnego pomysłu na ten coraz bardziej palący problem. Widać też - co musiało ich, przyzwyczajonych do medialnych zagrywek boleśnie ukłuć - że poświęcenie Paszkiewicza nie wystarczy, i nadal trzeba będzie użerać się z "motłochem". Doprawdy, powtórzę - chyba w żadnej innej sferze życia nie widać tak dokładnie arogancji i obojętności PO względem zwykłych Obywateli, potrzebnych im tylko do tego, by karnie pójść i zagłosować.

A na koniec - prosta zagadka. Cóż może spotkać kogoś, kto wszem i wobec zapewniał, że ma zaufanie do Jacka Paszkiewicza? Że to doskonały fachowiec, wręcz stworzony do pełnego sukcesów zarządzania NFZ-em? Kogoś, kto poręczył za tę osobę i wybrał ją w trybie bezkonkursowym, "po znajomościach"? Osobę, przypomnijmy, co do postępowania której zgłaszają uwagi i lekarze, i Arłukowicz. Ano, odpowiedź jest jeszcze prostsza niż zagadka - za takie rzeczy zostaje się w Polsce Donalda Tuska marszałkiem Sejmu.

By żyło się lepiej!

 

trescharchi
O mnie trescharchi

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (4)

Inne tematy w dziale Polityka