Nowa jakość. Porządek prawny. Zaufanie przedsiębiorców do Państwa i odwrotnie. Sprawienie, by Polacy poczuli się dumni z Polski. Tanie, sprawne Państwo. Ograniczenie zatrudniania urzędników. Tego typu obietnice Donalda Tuska wymieniać można w nieskończoność, aż najdłuższa litania kościelna poczerwienieje ze wstydu i ucieknie, przełykając łzy porażki. Czasem chciałbym wejść w głowę i myśli premiera, aby dowiedzieć się czy ów dżentelmen naprawdę wierzył w te wszystkie "głodne kawałki", które sprzedawał posłom, telewizji i Polakom. Przypuszczam, że wątpię - przynajmniej jeśli chodzi o jego expose na początku drugiej kadencji. Jeśli w pierwszym expose wystarczyło obiecać, że nie będzie się PiS-em i pojęcia o zastanej sytuacji Państwa się dużego nie miało, to wszelkie obietnice z drugiego expose są już wypowiadane z całą świadomością i wiedzą o tym, co udało się w ciągu pierwszej kadencji spiep...zepsuć.
Kiedy nadszedł kryzys, najpopularniejszym (obok "Zielonej Wyspy") hasłem rządowym było tanie Państwo. Administracja miała być zredukowana do niezbędnego minimum. Ku uciesze mediów (a w iście gierkowskim stylu) premier przeszedł się kilka razy - z odpowiednio zaciętą "oszczędnościową" miną - piechotą do Sejmu, odrzucając opancerzone beemki, co to palą jak smok. Z racji oszczędnościowo - usprawniających (Pańskie oko konia tuczy) miał też ponoć stale rezydować w Parlamencie, ale gdy rzecz odtrąbiły już wszystkie "Nasze" (copyright Andrzeja Wajdy) media, jakoś się premierowi odwidziało. Później Donald Tusk stanął oko w oko z najgorszym wrogiem każdego racjonalizatora (którym - z racji przymiotów charakteru - nigdy nie mógł być, swoją drogą) : wielkim, rozrośniętym, zachłannym molochoem kadr partyjno - urzędniczych w III Rzeczypospolitej. Trzeba być nie lada twardzielem, by przeciwstawić się takiej sile - i robić Państwo po swojemu, nie oglądając się na wszystkich zachłyśniętych "waadzom" parweniuszy, znajdujących upodobanie w luksusowych błyskotkach kupowanych za Krajową kasę. Na usprawiedliwienie premiera - jeszcze się w Polsce taki twardziel nie znalazł.
Bez zmiany charakterologicznej i jakościowej ludzi pchających się do najwyższych stanowisk w Państwie (oczekujących sowitej nagrody nie za swoją kompetencję, jeno za psią wierność i lojalność) wypaczenia będą na porządku dziennym. Może oburzy się jakiś tabloid, może kilku emerytów w kolejce do lekarza pozłorzeczy na "złodziejów z rządu" (jakże przez taką zachłanność spada prestiż Państwa!), może - jak w przypadku Kaplera - będziemy świadkami żenującego medialnego show z groźnym marszczeniem brwi premiera i kolejną mglistą obietnicą "przyjrzenia się" sprawie. Na dłuższą metę - nie tędy droga.
Podobno ludzi będących u władzy najlepiej poznaje się po czynach, które robią władzę straciwszy. Jerzy Miller był niegdyś nadzieją Polskiej administracji - człowiek konkretny, fachowy, stojący ponad politycznymi sporami. Cóż, oczekiwania były duże, rzeczywistość przyniosła raczej typowo Polską ścieżkę kariery typowego dorobkiewicza : wpierw afery korupcyjne (przetarg na informatyzację - gigantyczny skok na Państwową kasę) w jego resorcie, potem przedwczesne i zbyt niedokładne (dzisiaj wiele konkluzji trzeba już prostować) działania komisji Millera, wreszcie zaś rozpoczęcie nowego etapu życia zawodowego, to jest zostanie wojewodą małopolskim, a, jak wiadomo nie od dziś, wojewoda ma po prostu słuchać i być partyjnym oberfunkcjonariuszem na konkretny region. Dlatego Jerzy Miller postanowił wybić się z szargo tłumu bezbarwnych wojewodów i wielce oryginalnie zaangażował do pilnowania bezpieczeństwa kibiców na Euro obarczonego prokuratorskimi zarzutami wiceszefa BOR-u, aktualnie zawieszonego w obowiązkach i oskarżonego między innymi o fałszowanie dokumentów. Skoro w Warszawie rządy PO jawnie kpią z Polskiego prawa i dobrego obyczaju, dlaczego Kraków ma być gorszy?
Jerzy Miller nie posłuchał - będąc jeszcze ministrem - wezwania premiera do taniego Państwa i bez wahania stanął po stronie owego rozrośniętego, zachłannego molocha kadr partyjno - urzędniczych. Mottem życiowym tegoż molocha jest staropolskie zawołanie "zastaw się a postaw się" (przy czym zastawiasz się za cudze, publiczne). Prasa donosi, że remont samego tylko gabinetu Jego Ekscelencji Ministra kosztował Państwo - Nas wszystkich, co to jeszcze płacą podatki i nie uciekają w szarą strefę - bagatela 2 miliony złotych. Gabinet podobno wymagał remontu, bowiem nie remontowano go od czasu zasiadania w nim Kiszczaka. Akurat jestem zdania, że pozostawione na miejscu fluidy (a może i buteleczki) "człowieka honoru" mogły nowemu gospodarzowi tylko pomóc, ale skoro chciał zerwać z przeszłością, to dlaczego nie. Remont długo się ciągnął, bowiem firma - a jakże, wybrana w nader "uszczegółowionym" przetargu - omsknęła się z terminem, poza tym nie tylko modernizowano pomieszczenia (900 tysięcy złotych) ale i zakupiono nowe meble (ponad milion złotych). Oprócz gabinetu wyremontowano też pomieszczenia dla oficerów BOR, i może wówczas zaczęła się ta urocza przyjaźń z Pawłem Bielawnym, ups! Już Pawłem B.
A, swoją drogą życie dopisało ciekawy suplement do całej historii : wszystko znalazło się pod lupą NIK-u, który to NIK zarzucił urzędnikom Jerzego Millera nienaliczenie wykonawcy remontu kar, jakie przewidziane były w kontrakcie za opóźnienia. Rozchodzi się tutaj wprawdzie tylko o niemal 50 tysięcy złotych, co przy koszcie całego gabinetu jest pikusiem, no ale zasady to zasady. A więc - nie dość, że wydano gigantyczne pieniądze, to jeszcze na koniec złamano prawo. I aż szkoda, że wojewoda małopolski nie może zaocznie rządzić w Warszawie, bowiem Jerzy Miller robionym na swoje zamówienie gabinetem niedługo się już nacieszył.
Radzę Krakowianom zwracać baczniejszą uwagę na wozy dostawcze i ekipy remontowe krążące w pobliżu Małopolskiego Urzędu Wojewódzkiego. Nigdy nie wiadomo, kiedy w człowieku odezwą się stare nawyki.
By żyło się lepiej!
1552
BLOG


Komentarze
Pokaż komentarze (15)