Programy radiowe czy telewizyjne z gościnnym udziałem Lecha Wałęsy od lat cieszą się niezmienną popularnością. Nader zasłużoną, bowiem wysłuchiwanie tego, cóż ma do powiedzenia były prezydent jest fascynującą przygodą intelektualną, a przy okazji nader ciekawym - prowadzonym w dodatku na żywo - eksperymentem psychosocjologicznym dotyczącym osób z problemem wybujałego ego, takich jak patron gdańskiego lotniska. Śmiechy śmiechami, ale Wałęsa - jako ważna postać w historii Naszego Kraju - ma pełne prawo być recenzentem poczynań obecnych...no właśnie. Problem z Wałęsą polega na tym, że owszem, jest on recenzentem, ale zazwyczaj poczynań ludzi, których żywiołowo nienawidzi - a którzy obecnie są w opozycji. Próżno szukać w jego wypowiedziach nowych pomysłów na Polskę - a mógłby takowych pomysłów być kopalnią, wszak jeździ po całym świecie, swoje widzi, swoje wnioski z pewnością wyciąga. Próżno szukać krytyki - nawet życzliwej - wobec aktualnej władzy, z którą związany jest przez koligacje rodzinne (Jarosław Wałęsa). Nie sposób odpędzić się od przykrego wrażenia, że Lech Wałęsa - jeden z Naszych produktów eksportowych, hołubiony za granicą o wiele bardziej niż w Polsce - jest angażowany przez dziennikarzy tylko i wyłącznie do jednego : do dowalania, najlepiej personalnie, Kaczyńskim, Gwiazdom i innym "nielubianym". Spore to marnotrawstwo potencjału drzemiącego w marce Lech Wałęsa (nie mylić marki z samym Wałęsą) - ale cóż, "wszystkie ręce na pokład".
Najweselej - ale i paradoksalnie najsmutniej (dlaczegóż ów człowiek jest tak zgorzkniały i sfrustrowany, po tylu osiągnięciach w życiu?) ogląda się Wałęsę u podejmującej go nader często Moniki Olejnik. Wprawdzie Monika Olejnik nie stara się ukryć swojej niechęci do niemal 3/4 gości (jest wprawdzie paru z którymi rozmawia "na kolanach"), ale wydawałoby się przecież, że kto jak kto, ale Noblista i pupil obecnej władzy (ostatnio wszak trwają przymiarki o wyniesienie na sztandary Henryki Krzywonos) na szczególne względy może liczyć. A tu klops - ale to głównie spowodowane względami merytoryczno-estetycznymi, trzeba w tym wypadku Olejnikową zrozumieć, bo Lech Wałęsa naprawdę plecie straszliwe androny, powtarzając co chwila te same teskty i zabawnie akcentując to słynne JA (dalibóg, gdy to mówi, brzmi to jakby mówił caps lockiem).
Tym razem Lech Wałęsa znowu nie zawiódł - zarówno tych, którzy szukają w tym taniej rozrywki w prime time, jak i tych, którzy z politowaniem kiwają głową nad rozmienianiem się legendy Solidarności na drobne. Poszło o telewizję Trwam - były prezydent wszem i wobec przyznał, że medium owo ogląda i zgadza się z przekazem w "95 procentach". NIe był jednak łaskaw sprecyzować cóż to za akceptowalny przezeń przekaz. Szkoda tylko, że podczas przetaczającej się przez media debaty o cyfryzacji nie zabrał głosu, na przykład : no cóż, jestem telewidzem, program w przytłaczającej większości bardzo mi się podoba i zupełnie nie rozumiem zachowania Jana Dworaka i Krajowej Rady. Głos byłego prezydenta, hołubionego i rozpieszczanego przez PO byłby z pewnością bardzo słyszalny i potrzebny. Szkoda.
Oczywiście Lech Wałęsa nie lubi ojca Rydzyka, czego zabronić mu w żaden sposób nie można, ale jednak wypadałoby przedstawić swoje konkretne żale, a nie zamykać ich w lapidarnym okreśelniu "...on jest sprawcą wszystkiego złego". Dla redemptorysty z Torunia pewna pociecha - łaska Lecha Wałęsy na bardzo pstrym wierzchowcu jeździ i ta nieszablonowa postać za rok, za dwa, może wynosić duchownego pod niebiosa. Nie pierwszy byłby to przypadek wolty w sympatiach Wałęsy, chcącego uchodzić za poważnego polityka.
Najlepsze zostawiłem na koniec : wypytywany o owe pieć procent rzeczy, które niekoniecznie mu się podobają, Lech Wałęsa w swoim "pałkarskim" stylu skwitował : te procenty "należałoby oczyścić". Najzabawniejsze jest naturalnie uzasadnienie byłego prezydenta : największe zarzuty dla telewizji Trwam to "obrażanie innych" i przypisywanie sobie "największego patriotyzmu". Jak rozumiem, Wałęsę oburza to dlatego, że Trwam chce uchodzić za telewizję katolicką. Uprzejmie wobec tego donoszę - bo może zapomniał - że on robił dokladnie to samo, w dodatku pod egidą Matki Boskiej w klapie.
Niekiedy człowiek ma wrażenie, że to biblijne przysłowie o belce w oku wymyślono - w przypływie jakiegoś profetyzmu - dla Polskiej "elity" politycznej.
1865
BLOG


Komentarze
Pokaż komentarze (17)