Czytanie "Polityki" jest pewnym wyzwaniem dla człowieka chcącego poznać szerokie spektrum wszystkich opinii na rozwiązanie Polskich problemów. Pal licho, że poczesne miejsce w redakcji i w zawartości pisma zajmuje nestorka Polskiego dziennikarstwa - Janina Paradowska - w tekstach której nagromadzenie słowa "Kaczyński" powoduje w najlepszym razie znużenie i ziewanie czytalnika. Pal licho, że znajdziemy tam pisaninę Jacka Żakowskiego - człowieka zabierającego głos absolutnie na wszystkie tematy, od futbolu, przez dług publiczny, po politykę zagraniczną, z tym samym zazwyczaj skutkiem (przy okazji człowieka, który tydzień w tydzień zaprasza na męski sabat czarownic do TOK FM dziennikarza tak skompromitowanego jak Tomasz Wołek). Pal wreszcie licho, że do "Polityki" pisuje człowiek ścigany z oskarżenia karnego, który mimo to czuł się bezkarny do momentu gdy - jak mniemam, było to dlań zdumiewające - "salon" odwrócił się do niego miejscem, w którym plecy tracą swoją szlachetną nazwę. A jego kolega z tandemu - w idealnej ilustracji sposobu myślenia wszystkich ulubieńców mainstream'u - wylewał "Wyborczej" gorzkie żale, że przecież jak najeżdżali na Kaczory i ciemnogród, to wszystko było okay.
Niestety, w "Polityce" jest też miejsce dla felietonów Daniela Passenta, postaci o bogatym i barwnym życiorysie. Naturalnie, o gustach się nie dyskutuje, ale z upływem nieubłaganego czasu przebrnięcie (ze zrozumieniem!) przez twórczośc Passenta jest zadaniem coraz bardziej karkołomnym, a zęby i oczy zgrzytają. Niemniej, mimo wyraźnego spadku pisarskiej formy - Passent jest hołubiony przez "salonowe" środowiska, a każdą jego wypowiedź traktuje się jako dogmat. Problem jeno z tym, że jeśli pisze się coś do poczytnego tygodnika, wypadałoby brać odpowiedzialność za własne słowa i przemyślenia. Naturalnie, jeżeli chce się być uważanym za poważnego autora w oczach kogokolwiek innego niż zaczadzeni "jedynym słusznym" myśleniem.
Ostatni felieton Daniela Passenta był niejako potwierdzeniem teorii niektórych ufologów i badaczy zjawisk nadprzyrodzonych - zaiste, mimo wymownego pukania się w czoła niedowiarków istnieje coś takiego jak rzeczywistość alternatywna, równoległa do świata, w którym żyjemy (a w Polsce Donalda Tuska coraz częsciej usiłujemy żyć). Pewnie nawet von Daniken nie wykoncypował sobie, że najwięcej ludzi żyjących w rzeczywistości równoległej znajduje się w Polsce, osobliwie w trójkącie (Bermudzkim?) "Wyborcza" - "TVN" - "TOK FM". Na szczęście dla pozostających w bolesnej niepewności badaczy Passent popełnił swoim felietonem swoisty coming-out i przyznał się całej Polsce, że tkwi w alternatywnym wymiarze czasu i przestrzeni.
Dokonał tego powracając do swojej doskonałej formy pisarskiej sprzed lat, przy okazji tworząc jedno ze sztandarowych krótkich (niestety) opowiadań nowej fali Polskiego science-fiction (przy czym : więcej fiction). Otóż w rzeczywistości Daniela Passenta Donaldowi Tuskowi idzie "jak po maśle". Oto dzięki Donaldowi Tuskowi Radwańska osiągnęła finał Wimbledonu, siatkarze zdobyli Ligę Światową, Euro zakończyło się gigantycznym suceksem, za granicą piszą o nas dobrze. Passent konkluduje : "przydałoby się coś spieprzyć, żeby świat zaczął śmiać się z Tuska".
Ech, takiemu to świetnie - trzeba zazdrościć życia w tak idealnym świecie, pod idealnym przywództwem Jedynego Słusznego. A u Nas, w rzeczywistości? Miasta po Euro pozadłużane, drogi rozkopane, recesja kroczy wielkimi krokami, z Tuska śmieją się za granicą z powodu serwilizmu wobec Rosjan, z Sikorskiego kpią, bo szuka Polskich kanałów w niemieckiej telewizji, bezrobocie rekordowe jak na lato, dług publiczny doszedł do takiego stadium, że nawet zepsuł się osławiony balcerowiczowski licznik. Lekarze protestują, pacjenci dogorywają w gigantycznych kolejkach, administracja Państwowa przeżarta jest gigantyczną aferą korupcyjną odnośnie informatyzacji. U nas, niestety, nie idzie Tuskowi jak po maśle. Raczej jak po starym smalcu.
Zazdrościmy wszyscy Danielowi Passentowi pozostawania w tej idyllicznej rzeczywistości. Wierzymy, że będzie częściej pisywał swoje malutkie opowiadanka sci - fi i pocieszał wszystkich ciężko pracujących Polaków, marzących o pracy w (rzekomo redukowanej) administracji publicznej i konkursach rozstrzyganych wedle kompetencji, a nie wedle stażu działalności w partii Donalda Tuska.
Ponieważ autor doskonale się spisał, wypadałoby mu zadedykować jakiś utwór muzyczny, by miał czego słuchać w idylli tamtego świata. Po dłuższych namysłach nie można wybrać niczego innego, niż nieodżałowaną piosenkę nieodżałowanego trenera II Klasy, Wacława Jarząbka.
1836
BLOG


Komentarze
Pokaż komentarze (20)