Wyobraźmy sobie taką sytuację - uczelnia dała komuś tytuł doktora mechaniki. Ten ktoś w pewnym momencie stwierdził, że wynalazł perpetuum mobile. Pokazuje model, który co prawda nie działa, ale tylko dlatego, że coś tam trzeba jeszcze dopracować. Opowiada brednie naukowe mające niby uzasadnić fakt, że perpetuum mobile działa. Ale te tłumaczenia dla każdego znającego temat są wielkim bełkotem. Po jakimś czasie słuchają go tylko redaktorzy programu u kręgach w zbożu i talibach w Klewkach. Facet wszędzie mówi, że jest doktorem np. Politechniki Włoszczowskiej, powołuje się na jej autorytet. Cały świat naukowy widzi, że facet gada takie bzdury, że to tragedia dla uczelni, na którą się powołuje. Ludzie nie znający tematu słysząc 'doktor na Politechnice Włoszczowskiej' dają mu wiarę - bo sami tematu nie znają, a autorytet tytułu naukowego robi swoje. I wtedy - laicy wierzą temu 'doktorowi', a ludzie znający temat wiedzą, że facet to heretyk i się wstydzą za niego.
Fajnie by było, gdyby w takiej sytuacji Politechnika Włoszczowska mogłaby zabrać mu tytuł doktora oraz magistra - za to, że sprzeniewierza się nauce gadając bzdury totalne, przy okazji kierując je do laików (bo oni mu przyklasną), oraz mówi o tych, którzy znają się na sprawie, że deprecjonują jego odkrycie, bo są w układzie, w którym on być nie chciał, i który cały czas go gnębi.
A teraz - wyobraźmy sobie taką sytuację: jest sobie doktor prawa, albo profesor prawa. Co jakiś czas gada, że coś jest zgodne z konstytucją, podczas gdy nawet na podstawie nauki w liceum na WOSie widać, że to bzdura. Raz po raz ktoś udowadnia, że z konstytucją nie jest zgodna kolejna rzecz, którą ten ktoś uznał za zgodną. Wykazuje, że znajomość prawa owego doktora bądź profesora woła o pomstę do nieba. Facet kompromituje się coraz bardziej, nawet, gdy sam zda sobie sprawę, że popełnił błąd, to idzie w zaparte. Chce odwołać kogoś ze stanowiska - nie mając do tego prawa. Mówi, że on nie podejmuje decyzji, tylko oznajmia jakie jest prawo. Prawnicy żyjący z prawa (a nie tylko o nim mówiący) mówią, że nie ma racji. Sąd też mówi, że nie ma racji. Ale on dalej gada - prawo jest takie jak ja mówię, nikt nam nie wmówi, że białe jest białe a czarne jest czarne. Za nic ma zasady niedziałania prawa wstecz, możliwości obrony, przedawniania... Nawet biskup Pieronek (któremu opcja polityczna owego 'doktora' czy 'profesora' jest po drodze - co nie znaczy że oboje są zadowoleni z tego, że na tej samej drodze są - tak uszczegóławiam dla wysnuwających za daleko idące wnioski) mówi, że dla prawnika jest oczywiste, że jakaśtam ustawa jest niezgodna z konstytucją. I podaje argumenty, które nawet dla laika są zrozumiałe (podaje zasady, które ustawa łamie oraz w jaki sposób). Widać, że 2+2 = 4, tak LUB nie = tak, białe jest białe itp... Takie rzeczy obiektywnie można stwierdzić. Ale on dalej swoje...
Tak się zastanawiam, czy dla dobra nauki nie warto by mu/im było zabrać tytułów naukowych - przynajmniej tych związanych z prawem. Bo wielokrotnie już dało się widzieć, że gada o prawie bzdury owym tytułem się podpierając. Tak, jak magister matematyki mówiący, że 2+3 = 69, a kto się nie zgadza, to jest dureń, a on jest magistrem matematyki, to wie lepiej. Albo jak ktoś nazywający lekarza mordercą.
Gdyby tak Rada Uczelni mogła cofnąć tytuł naukowy za herezje... Fajnie by było...
A tak baj de łej - ten przykład z perpetuum mobile nie jest wzięty z głowy. Jest taki jeden profek na Politechnice Gdańskiej ;)


Komentarze
Pokaż komentarze (2)