15 obserwujących
457 notek
190k odsłon
  1042   0

Fizyka cudów

 

Nieco historii
Cuda to jeden z równie podstawowych, co kontrowersyjnych fenome­nów w religiach świata. Nic więc dziwnego, że wzbudzają one od wieków na­miętności nie tylko rzesz wiernych, lecz także badaczy.
Skąd te kontrowersje? Mają one źródło w samej istocie cudu, zwłaszcza w jego scholastycznym, (ściślej: tomistycznym) rozumieniu: „Cud, nadzwy­czajne i zewnętrzne, (tzn. nie mogące być doświadczalnie, zmysłowo poz­nane) wydarzenie, które wykracza poza możliwości przyrody i dlatego moż­na je wy­tłumaczyć tylko przez bezpośrednią działalność Boga. Cuda uważa się za zew­nętrzny sprawdzian i cechę wiarygodności Objawienia.” (Ks. M. Kowa­lewski, Mały słownik teologiczny). Zatem - mówiąc zwięźlej - cud ma być w pew­nym sensie „empirycznym” dowodem na istnienie Boga. Jest lu­ką, wyło­mem uczynionym przez Boga w prawach natury, by w ten sposób umocnić nas, maluczkich w wierze.
Ta koncepcja z oczywistych powodów nie satysfakcjonowała wszelkie­go autoramentu materialistów, zwłaszcza zaś pozytywistów, którzy - by się tak górnolotnie wyrazić - w empirii złożyli całą swą nadzieję. Scholastyczne koncepcje okazały się grząskie także dla teologów, pośrednio osłabiając atry­but doskonałości Stwórcy, skoro musi On raz po raz interweniować w świat poprzez zawieszanie ustalonych w nim praw (konstruktor tele­wizo­ra, w którym dla zmiany kanałów należałoby za każdym razem wy­mie­niać podzespoły nie cieszyłby się najlepszą renomą). Z kolei zwolen­nicy tezy o Bo­gu ukrytym, niedostępnym dla doznań o charakterze empi­rycz­nym tak­że - z oczywistych powodów - nie byli w stanie zaakceptować wizji Stwór­cy - Wiecznego Majsterkowicza.
Scholastyczna „fizyka cudów” prokurowała mechanizm dla teologii bar­dzo niebezpieczny, przeto skrzętnie wykorzystywany przez prądy racjona­lis­tyczne. Myślę tu o pokusie tłumaczenia poprzez cud wszelkich zjawisk, których nauka na danym poziomie rozwoju wyjaśnić nie umiała. Wizja „Bo­ga w defensywie” cofającego się przed gwałtownie ekspandującym obsza­rem oświetlonym przez naukę aż dopraszała się prostej ekstrapolacji: trzeba jedynie czasu, by nauka oświetliła wszystko. Ten poznawczy opty­mizm po­zwalał ojcom europejskiego racjonalizmu wypowiadać zdania pokroju „Bóg? Dla mnie ta hipoteza jest zbędna”.
Wobec naporu prądów pozytywistycznych teologowie wycofali się na „z góry upatrzone pozycje”, lansując koncepcję całkowitej przepaści mię­dzy naukami przyrodniczymi a metafizyką. Temat mechanizmów rządzą­cych cu­dami przezornie omijano, akcentując rolę cudu jako znaku Boże­go. Zwró­cono się do źródeł - czyli do Biblii. Autorzy Ksiąg Objawionych za­równo Starego jak i Nowego Przymierza nie pojmowali cudu w sensie scholastycz­nym. Aby to zrozumieć, trzeba zauważyć, że świat w pojęciu bib­lijnym nie jest doskonałą, raz na zawsze wprowadzoną w ruch ma­szyną, lecz ciągle po­zostaje w zależności od Stwórcy - zatem nie tylko po­czątek, lecz i aktualne trwanie zawdzięcza woli Bożej. Cud nie łamie praw natury, lecz je dosko­nali. Nie przeciwstawia się siłom stworzenia, lecz ułat­wia ich pełną reali­zację (zob. Ks. J. Kudasiewicz, Biblia, historia, nauka, Znak, 1987, s. 345 i nast.).
Idąc tym tropem, rozszerzono pojęciowy obszar słowa „cud”: „Cały świat stworzony ze swym ustalonym porządkiem (Jer 32,36 n) jest „cudem” (Ps 89,6) i „znakiem” (Ps 65,9) podobnie jak (owe) niezwykłe interwencje Boga w historii” (Słownik teologii biblijnej, Pallotinum 1982, s.163).
 
Myśląc prostolinijnie...
Pachnie to nieco słowną ekwilibrystyką. Myśląc prostolinijnie i tak nor­malnie po ludzku, bierze nas ciekawość: w jaki sposób doszło do rozmno­żenia chleba? Jakie mechanizmy wykorzystał Chrystus, chodząc po wo­dzie? Czy Zmartwychwstanie jest rzeczywiście jakimś buntem przeciwko fizyce te­go świata? Czujemy różnicę między tymi zdarzeniami a normal­nym po­rządkiem rzeczy, dostrzegamy ich „nienaturalność”. Trzeba to wy­raźnie od­dzielić od aspektu teleologicznego i symbolicznego cudów. Są one w sposób nie budzący wątpliwości ważniejsze dla teologa, dla wierzą­cego (...czy figa nie rodząca owocu uschła natychmiast (Mt. 21,19), czy nieco później (Mk 11,20), nie ma to żadnego znaczenia; ważna jest lekcja, którą kryje w sobie jakieś symboliczne działanie” - tamże). Nie zamierzam tej hierarchii ważności kwe­stionować. Zgadzam się też ze zdaniem „świat jest Znakiem, Sygnałem, Świa­dectwem”, bo nie umiem go - samego w sobie - wytłumaczyć. Lecz jakoś nie umniejsza to mej chęci poznania odpo­wiedzi na podobne sformułowanym wyżej pytania.
Sparzeni na długiej serii porażek w potyczkach z przyrodnikami teolo­gowie zastosowali taktykę ślimaka. Ogłosili swoistą „dychotomię” Rzeczy­wis­tości: świat materialny to jedno, transcendentny - drugie. Teolog nie ma kompetencji wypowiadania się w kwestii praw rządzących pierwszym, fi­zyk - na odwrót. Osiągnięty dziejowy kompromis bardzo służy obu stro­nom, położył bowiem kres nie tylko stosom dla heretyków; także wszelkiej maści „naukowym światopoglądom”. Mniej jednak służy „szaraczkom” (my­ślę tu o szaraczkach wierzących, jako że ateiści problem transcendencji w ogóle mają z głowy) którzy, myśląc zdroworozsądkowo, wyczuwają tu jakiś dysonans: toć Biblia mówi o tym, że Bóg jest w ciągłej relacji ze swym stworzeniem, więc gdzie miejsce na przepaść? Gdzie Odkupienie, gdzie Pa­ruzja?
Na ostatnie pytanie teologowie ochoczo odsyłają do Apokalipsy. Ko­niec świata jest dla nich jakimś kosmicznym kataklizmem, kolapsem obraca­jącym wniwecz świat materialny. Oczywiście, taka Paruzja to cud cudów, os­ta­te­czne i całkowite zawieszenie praw przyrody. Znów kłania się schola­styka.
Czy tak być musi? Czy jest tu miejsce na harmonię między fizyką i me­tafizyką? Czy można pomyśleć świat, w którym zjawiska, wyglądając nie­naturalnie, cudownie, opierają się na prawach w tym świecie imma­nen­t­nych, choć może dotąd tylko wirtualnie? Czy jest do pomyślenia model świata, którego prawa ewoluują, są zmienne w czasie? Czy jest do pomyślenia „nowa fizyka cudów” nie domagająca się nadzwyczajnych interwencji Stwórcy w każdym wyglą­da­jącym na nadnaturalne zjawisku, lecz z drugiej strony wolna od płaskich racjo­nalizmów w stylu Kosidowskiego?
Pozytywnej odpowiedzi na te pytania nie otrzymamy z pewnością wśród „apokaliptyków” (nazywam tak zwolenników „dychotomii” Rzeczy­wi­s­tości, stale obecnego, niezmiennego w czasie napięcia między światem materialnym a transcendentnym, zwolenników Paruzji - kosmicznego ko­la­psu). Istnieje jednak nurt przeciwny. Można by rzec, że ma on pewne pod­stawy naukowe, gdyż wywodzi się z obserwacji nad trendami we Wszech­świecie.
 
Ewolucja: od prostoty ku złożoności
Bodaj najdonioślejszą konsekwencją nowożytnej nauki jest spostrze­że­nie: świat jest procesem. Aby wagę tego, zda się truizmu, uświadomić, trze­ba pamiętać, że przez całe tysiąclecia dominowała myśl o niezmien­ności świata (pominąwszy zdarzające się od czasu do czasu intuicje filo­zofów obwie­szczających zdania pokroju „panta rei”). Nie mieściła się w gło­wie myśl, że dzieło doskonałego Stwórcy może ulegać zmianom - te bo­wiem przypisywano tworom niedoskonałym. Wrażenie owej niezmien­ności po­tęgował obraz nieba - od stuleci niewzruszony układ gwiazd. Trze­ba było astrofizyki spektralnej, by udokumentować ewolucję gwiazd. Ona też poz­wo­liła odkryć, że Wszechświat nie znajduje się bynajmniej w stanie kinema­tycznej równowagi - lecz ekspanduje.
Ewolucja Wszechświata stała się oczywistością jeszcze przed II wojną światową. Znacznie wcześniej udokumentowano mechanizmy ewolucyjne na ziemi - w świecie biologii. A potem stało już oczywiste, że ewolucja - to zja­wisko w świecie uniwersalne. Występuje na każdym poziomie orga­nizacji materii - od kwantowego po kosmiczny.
Teologowie długo nie mogli strawić tej nowej, zdawałoby się sprzecznej z Biblią wizji świata. Kto wie, czy to m. in. nie ona właśnie przyczyniła się do owej „strategii ślimaka” owocującej dychotomiczną koncepcją Rzeczy­wis­tości. Tymczasem syntetyczne spojrzenie na różnorakie występujące w świe­­cie mechanizmy ewolucyjne pozwala wyłonić prawidłowości, które teologa właśnie powinny bardzo zainteresować, więcej - rozbudować arse­nał jego argumentacji. Przecież ewolucja na każdym szczeblu rozwoju jest pro­cesem prowadzącym do powstania wyżej zorganizowanych form ma­terii. Wszechświat nie zmierza zatem bezładnie „byle gdzie”, lecz w kon­kretnym, jednoznacznie określonym kierunku. Potocznie mówilibyśmy tu o celu.
Mówiąc o ewolucji, nie sposób pominąć człowieka. Póki co, jest on - tu wszyscy zdają się zgadzać - jej ukoronowaniem. Rodzi się jednak pytanie - co dalej? Czy motor ewolucji zatrzyma się, czy, prąc nadal, wytworzy no­wy gatunek „nadludzi”? Stanisław Lem artykułuje hipotezę zakładającą, iż ewolu­cja biolo­giczna, tworząc gatunek homo sapiens osiągnęła kres możliwości. Postęp jed­nak jest możliwy, choć dzięki podstępowi: następny wytwór po­w­stanie... dłońmi człowieka. Komputer, praprzodek sztucznej inteligencji - oto nowa alternatywa, jaką serwuje nam rodzimy filozof o naukowo-fanta­sty­cznej pro­we­niencji!
Lecz istnieje tu inna alternatywa. Już wcześniej zdarzało się, że mecha­niz­my popychające materię ku wyższym formom organizacji zmieniały się sko­kowo, np. inne stymulatory działały w ewolucji kwantowej (wczesna faza Wszechświata), inne w ewolucji chemicznej, jeszcze inne w bio­logicznej. Ku takiej koncepcji skłania się Teilhard de Chardin, francuski jezuita, paleontolog, wielki mistyk i myśliciel. Dokonana przezeń synteza intuicji i wiedzy przy­rodniczej wypchnęła go poza obręb jakiejkolwiek paradygmatyki, skutkiem czego myślenie Teilharda było obce obu stronom - zarówno teologom (na­cier­piał się on sporo od ówczesnej hierarchii, dla której był niewygodny, przeto wysyłano go byle dalej, m.in. do Chin, gdzie zapisał się jako współ­odkrywca tzw. człowieka pekińskiego), jak i przyrodnikom, którzy nigdy nie traktowali jego pomysłów serio, umieszczając je w getcie mistyki.
Tymczasem wizja Teilharda, prowokując niezwykłą śmiałością, posiada klarowną logikę właściwą intelektualistom, którzy odebrali solidne przy­rod­­nicze wykształcenie. Wydaje się być coraz świeższa. W czym należy upa­trywać owej mocy?
Teilhard wystartował od spostrzeżenia będącego obecnie truizmem: ewo­­lucja jest procesem realizującym się na każdym poziomie rzeczy­wistości kosmicznej. Patrząc tak szeroko można pokusić się o poszukanie jej cech wspólnych. Teilhard zauważył, że na każdym poziomie działa iden­tyczny me­chanizm dialektyczny: dywergencja - konwergencja – wyło­nie­nie nowej jakości.
Jak przystało na wizjonera, Teilhard stosuje do objaśnienia swej kon­ce­p­cji niezwykle obrazowy, poetycki język (kto wie, może to właśnie temu językowi zawdzięcza ów „epi­tet” wizjonera?). Myśląc o uniwersalnych, im­ma­nentnych we Wszechświecie mechanizmach ewolucyjnych, stosuje okreś­lenie „zwijającego się” Wszechświata. Gdzie indziej używa obrazu-modelu wznoszącej się spirali zbieżnej w Ognisku. Celem i Ogniskiem ewoluują­cego Wszechświata jest punkt Omega - czyli Chrystus Kosmiczny.
Wznoszenie się po spirali opisuje sens prostej prawidłowości ewolucji: prowadzi ona zawsze w jednym kierunku: ku wyższym formom organizacji materii. „Wszechświatem włada nie tylko rozpaczliwa entropia, o której wciąż słyszymy, a która redukuje wszystko do form najbardziej elemen­tarnych i naj­bardziej stałych. Z tego deszczu popiołów wynurza się, wzno­sząc się wyżej, jakiś kosmiczny wir, w którym tworzywo wszechświata, wy­ko­rzystując preferencyjny rozkład losowy, skręca się i zwija coraz ciaśniej w co­raz bardziej złożone i coraz bardziej ześrodkowane skupiska” (Pierre Teilhard de Chardin, Zbieżność wszech­świata, w zbiorze „Moja wizja świa­ta, IW Pax,1987, s. 357). Teilhard używa także określenia „przebóstwiania” świata. W Jego optyce Zbawienie jest również procesem; świat ewoluując, wydaje z siebie owoce materii coraz bardziej złożone (zatem doskonałe), coraz mocniej „przesiąka” pierwiast­kiem duchowym.
W różnych fazach ewolucji działają różne stymulatory decydujące o roz­woju. Np. w fazie biologicznej postęp był możliwy poprzez współ­działanie dwóch zjawisk: zmienności gatunków (mutacje genów) i doboru natural­ne­go (walka o byt). Według Teilharda, z chwilą pojawienia się czło­wieka (etap hominizacji) ewolucja dokonuje się już nie w płaszczyźnie bio­logicznej, lecz duchowej, zaś jej stymulatorem jest Miłość. Ona to ma do­pro­wadzić do peł­nej duchowej integracji świadomości, co jest zasad­niczym celem Wcielenia (jedna owczarnia i jeden pasterz).
Na obszarze naszego doświadczenia człowiek jest jedyną istotą żywą, która nie tylko wie, lecz nadto wie, że wie”. („Moja wizja świata”, s. 174). Czło­wiek dysponuje świadomością. Od tego momentu następuje rozwój noosfery: warstwy duchowej (myśli) na ziemi. To ona stanowi obecnie środowisko działań ewolucji.
 
Między duchem a materią
Świadomość jest produktem wysoko zorganizowanej materii. Wyłoniła się w toku jej ewolucyjnych przeobrażeń, lecz w jej ponadmaterialny (du­cho­wy) charakter nikt nie wątpi, choć przypisuje się jej różny status ontologiczny. Czy jednak istnieje jej realne i bezpośre­dnie oddziaływanie na materię? Realne - to znaczy pozostawiające skutek materialny. Bezpośrednie - to znaczy bez udziału „przekaźnika” (np. czło­wie­ka, który wprowadzony w stan ekstazy na koncercie rockowym demo­lu­je krzesła na widowni).
Twierdzącej odpowiedzi na to pytanie udziela parapsychologia. Znamy mo­żliwości telekinetycznych „siłaczy” łamiących siłą woli łyżeczki. Sły­szymy o podrygujących stołach w seansach spirytystycznych. Lecz sły­szy­my także sceptyczne opinie naukowców, oskarżenia o szarlatanerię, ilu­zjo­nistyczne oszustwa... Gdzie leży prawda?
W odpowiedzi na szereg negatywnych wyników naukowych ekspery­men­tów wierzący w autentyczność parapsychologicznych zjawisk wysuwa­ją argumenty o zakłócającym wpływie właściwego metodologii pozytywne­go poznania sceptycyzmu. Skoro czynnikiem mającym wpływ na zacho­wanie się materii jest tu wiara, wola (atrybuty świadomości), to rzeczy­wiście sceptycyzm nie sprzyja powodzeniu eksperymentu.
Istnieje silna pokusa, by część cudów (zwłaszcza tych opisanych w Ewan­­gelii) tłumaczyć mechanizmem oddziaływania świadomości na ma­terię. Chrystus wielokrotnie podkreśla znaczenie wiary uzdrawianego, a w Na­­zarecie, wobec bardzo niesprzyjającej, sceptycznej aury wydaje się być bezsilny: „I niewiele zdziałał tam cudów z powodu ich niedowiarstwa” (Mt 13,58).
Kwestionując totalnie możliwość jakiegokolwiek bezpośredniego od­dzia­ływania świadomości na materię, pozostawiamy bez wyjaśnienia wiele zja­wisk, których udokumentowanie jest bardzo solidne. Weźmy choćby ko­relację między zaufaniem do lekarza a skutecznością jego leczenia. Za­ob­ser­wowano przed laty w Afryce pewien paradoks: skuteczność miejsco­wych cza­row­ników była większa niż białych lekarzy uzbrojonych w moc racjo­nalnej, opartej na pozytywnej nauce medycyny. Jedynie czynnik wiary mo­że go skutecznie wyjaśnić. Również fenomen wszelkiej maści Harrisów, bio­energo­terapeutów nie daje się objaśnić bez udziału pewnej sprzyjającej psychicznej aury (czasem wręcz psychozy).
Sama intuicja podpowiada, że skoro świadomość jest owocem wysoko zorganizowanej materii (jesteśmy, jak powiada Ditfurth „dziećmi Wszech­świata”), to byłoby czymś nienaturalnym, wręcz dziwacznym, gdyby mię­dzy duchem a materią występowała jakaś drastyczna szczelina, nieciągłość.
Tymczasem postawienie choćby hipotezy o istnieniu takich powiązań jest z punktu widzenia nauki pozytywnej niepurawnione. Paradygmatyka, a za nią i metodologia fizyki są zbyt mało elastyczne. Fizyka bowiem - to nauka badająca mechanizmy w świecie materii - zatem jeden z pod­mio­tów takiej hipotezy już leży poza granicami jej kompetencji i za­inte­resowań.
Lecz fizyka może obserwować potencjalne efekty takich oddziaływań. Przy­­pomina to trochę sytuację badań nad cząstkami elementarnymi. „Zoba­czyć” wprost ich nie można, owszem, lecz ślad, jaki pozostawiają - tak (ko­mo­ra Wilsona).
Większość tzw. „poważnych” fizyków dystansuje się od parapsychologii. Wydaje się jednak, że skutki tego nie działają w interesie samej fizyki. Prę­dzej czy później z problemem wypadnie się zmierzyć (kiedyś taką na­dzieję dawała biofizyka, teraz optymizm nieco chyba osłabł). Obecnie jednak pole oddano w ręce „amatorów” dziarsko i bez zahamowań szer­mujących quasi­naukową terminologią. Mamy więc pola bioniczne, siły lub energie kos­miczne - słowem bełkot profanów, którzy nie chcą przyjąć do wiadomości, że wszelkie te pojęcia obłożone są rygorem metodologicznej ścisłości i sto­sowanie ich w takich przypadkach ma wyłącznie sens po­etyckiej alegorii.
 
Parafizyka: szarlataneria, czy nadzieja?
Istnieją jednak na terenie fizyki (lub w bliskich jej okolicach) teorie i hipotezy rokujące nadzieję, że podejmowanie prób metodologicznie poprawnego wyjaśnienia owych zjawisk nie będzie bez­owocne. Chciałbym tu zwrócić uwagę na dwie. Pierwej jednak zau­waż­my, że wytłumaczalność cudów jest „od biedy” możliwa już od czasów Bolt­zmanna i Maxwella (ściślej - od dokonań w dziedzinie termodynamiki statystycznej). Prawdopodobieństwo tego np. że w podgrzewanym kocioł­ku woda zamarznie jest, co prawda niezwykle znikome, lecz niezerowe.
Znaczenie prawdopodobieństwa w fizyce okazało się jednak bardziej fun­damentalne, niżby to miało wynikać z modeli termodynamiki statys­ty­cznej, opisującej, koniec końców, makroskopowe stany układów fizycz­nych. Początek wieku dwudziestego przynosi przełom: kwantowy model rze­czywistości. Wbrew intuicyjnym oczekiwaniom fizycznych autorytetów (Einstein: „Bóg nie gra w kości”), prawdopodobieństwo staje się imma­nen­tną cechą mikroświata. Okazuje się wręcz, że nie ma czegoś takiego, jak or­bita elektronu; możemy jedynie mówić o maksimum prawdopodo­bień­stwa (funkcja falowa w równaniu Schrodingera jest duża tam, gdzie prawdopo­dobnie znajduje się cząstka). Okazuje się, że równoczesny po­miar pędu i po­łożenia cząstki a priori nie może być dowolnie dokładny (zasada nieozna­czoności Heisenberga).
Objaśnienie wszelkich zjawisk występujących w świecie (również ma­kro­­skopowych) musi rozpocząć się na poziomie elementarnym, czyli kwan­towym. Jeśli zatem gdziekolwiek należy poszukiwać fundamentalnych me­chanizmów oddziaływania świadomości na materię, to tu właśnie. Kie­rując się tym, niektórzy badacze poszukują „łącznika” między świado­mo­ścią, któ­ra jest wielkością niefizyczną, lecz realną, a rzeczywistością ma­terialną. Ame­rykański fizyk, laureat Nagrody Nobla z 1973 r Brian D. Josephson za­proponował hipotezę o dwojakiego rodzaju zmianach jakim podlegać może funkcja falowa. W warunkach „normalnych” jej ewolucja jest zgodna z rów­naniem Schrodingera (określa ją operator zwany hamilto­nianem). Nato­miast „przy obserwacji” (czyli przy udziale czynnika świado­mości) hamilto­nian zmienia się drastycznie i funkcja ta (wektor stanu) ulega kolapsowi. (Laurence M. Beynam, Fizyka kwantowa i zjawiska paranor­malne).
Myśl tę rozwinął inny fizyk amerykański, Evalyn H. Walker. W zbudo­wa­nym przezeń modelu (a właściwie teorii świadomości) poniżej klasycz­nego (obserwacyjno-teoretycznego) poziomu kwantowego istnieje poziom subkwantowy; jest to miejsce, gdzie lokuje się wszelkie doświadczenie pod­miotowe. Świadomość pozostaje tu w oddziaływaniu ze światem fizy­cznym poprzez wektor stanu opisujący oddziaływania kwantowo-mecha­niczne (tu­ne­lo­wanie elektronów), które stanowią o działaniu synaps (podstawowych elementów mózgu) jako przełączników.(zob. E. H. Walker, N. Herbert, Zmienne ukryte na zbiegu fizyki i zjawisk paranormalnych)
Sedno proponowanych tu modeli objaśniających oddziaływanie świa­do­mo­ści na realizację procesów kwantowych leży w założeniu różnicy za­cho­wania się cząstek pod wpływem świadomości; różnica owa wynika z ”od­chy­lenia” biegu zdarzeń od najbardziej prawdopodobnego toru (jaki za­szedłby w stanie „czystym”) Świadomość działa tu zatem jako swoisty „wzma­cniacz prawdopodobieństwa”.
Koncepcja ta bardzo koresponduje z ciekawą interpretacją mechaniki kwantowej zaproponowaną przez H. Everetta III, J. A. Wheelera i R. N. Gra­hama. Interpretacja ta znana pod nazwą EWG oparta jest o nieska­zi­telny (w sensie matematycznym) model tzw. superprzestrzeni, której każ­dy punkt to cały wszechświat. Rzeczywistość realizuje się poprzez wybór ko­lejnych wirtualnie możliwych wszechświatów zgodnie z regułą maksi­mum prawdopodobieństwa. (zob. Fizyka kwantowa i i zjawiska paranor­malne.)
Jeśli zastosować koncepcję Walkera (kolaps wektora stanu powodowa­ny oddziaływaniem czynnika świadomości - woli) do modelu EWG, okaże się, że owo oddziaływanie to nic innego, jak „zepchnięcie” trajektorii, którą po­dąża realizowana rzeczywistość w kierunku innego - mniej prawdopo­dob­nego punktu superprzestrzeni (wirtualnego wszechświata).
Na pierwszy rzut oka nie zdajemy sobie sprawy z powagi konsekwencji prawdziwości powyższych hipotez. Pierwsze implikacje podważają wiary­godność wszelkich eksperymentów (jeśli ktoś byłby uczuciowo zaangażo­wa­ny w eksperyment, np. chciałby potwierdzić własną hipotezę, mógłby spo­­wodować zmianę jego rezultatów!). Pominąwszy wszelkie inne kon­se­kwencje (m.in. społeczne), zauważmy tylko, że zmieniłby się obraz świa­ta w sposób równie przełomowy jak na początku wieku (newtonowko-koper­nikańska koncepcja czasu i przestrzeni musiała ustąpić ze względu na kon­sekwencje mechaniki kwantowej i obu teorii względności). Subiekty­wizm nabiera tu nowych rumieńców. To już nie tylko zabawa z grą zmy­słów (np. odurzonych halucygenami; ekstremalny obraz znajdujemy w ”Kon­gresie futurologicznym” Lema). To rzeczywisty wpływ zmysłów na materię!
 
Cud objaśniony?
Nas jednak interesuje tu możliwość wyjaśnienia mechanizmów cudów. Przy założeniu prawdziwości powyższych hipotez wydają się one oczy­wi­stymi. Raz jeszcze podkreślę, że wyjaśnienie takie w niczym nie depre­cjo­nuje ich symbolicznego przesłania. Czy jednak owo wyjaśnienie nie desakralizuje cudów? Czy nie zabiera im boskich atrybutów?
Niewątpliwie tak - odpowiedzą „apokaliptycy”, zwolennicy przepaści mię­­dzy rzeczywistością materialną a transcendentną. Rzeczywiście, całko­wi­ta rozłączność sfer sacrum i profanum wyklucza takie rozwiązanie. Czy jednak owa rozłączność da się w ogóle utrzymać - choćby w perspektywie Wcie­lenia?
Zwolennicy wizji przebóstwiającego się w procesie ewolucji Wszech­świa­ta znajdą tu jednak wzmocnienie swych argumentów. Popatrzmy: roz­wój teilhardowskiej noosfery to nasilająca się erupcja myśli, integrującej się świadomości. Im większy stopień integracji tym (należy sądzić) inten­syw­niejsze jej oddziaływanie na materię. To, co kiedyś było cudem (stało poza granicami wytyczonymi przez fizykę), dziś staje się możliwe! I wcale nie mamy do czynienia z jakimś „zawieszeniem praw natury” - po prostu, po­przez wysiłek świadomości (wola, bardzo silna wiara) Rzeczywistość rea­lizuje się innym torem (aktualizując inne wszechświaty wirtualne w super­przestrzeni EWG), niż bywa to w wypadku jego braku.
 
Bóg: Ojciec, czy Ryzykant?
Brnąc konsekwentnie w tym kierunku, musimy zadać pytanie o sta­bil­ność praw rządzących światem. Skoro bowiem Rzeczywistość jest proce­sem, może i prawa fizyki zmieniają się w czasie?
Taka wizja jest fizykom nieobca. Padają tu bardzo poważne hipotezy (np. kwestionuje się stałość stałych fizycznych). Padają też bardziej fanta­styczne, choćby obraz Graczy kształtujących lokalnie pra­wa fizyki w „Nowej Kosmogonii” Lema.
Być może, powyżej pewnego poziomu koncentracji świadomości moż­liwa będzie kreacja praw fizyki. (Zauważmy, że poziom naszej wiary jest praktycznie zerowy; Chrystus wielokrotnie wypominał to swoim uczniom: „jeśli będziecie mieć wiarę jak ziarnko gorczycy...” (Mt 16, 20)). Prędzej czy później przypisane nam będą atrybuty Boga - taka nadzieja płynie z kart Ewangelii. Owa Myśl, która zrodziła świat niewątpliwie nas przekracza. Nie­wątpliwie ku Niej zmierzamy. Lecz czy dojdziemy tam w sposób ciągły, czy skokowy? Któż to wie? Możemy tylko sądzić, że - skoro świat jest pro­cesem, dlaczego miałby się skończyć kolapsem? Skoro Bóg jest Ojcem, to cze­mu nie miałby stopniowo powiększać obszaru naszych możliwości – w mia­rę dojrzewania i wzrostu odpowiedzialności?
Patrząc na świat, trzeba mieć wiele optymizmu, by uwierzyć, że On nie robi tego zbyt pochopnie.
Lubię to! Skomentuj24 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale