Z rosnącym przerażeniem obserwuję wypowiedzi polityków największych polskich partii, którzy niczym małe dzieci, lub zauroczeni nową koleżanką chłopcy, szukają każdego, kto walczy przeciwko „naszym” wrogom.
Kim oni są?
Do grona bojowników o wolność i demokrację, zaliczani są więc Czeczeni, Syryjscy rebelianci, Albańczycy o wsparciu dla Tybetu nie wspomnę. Oczywiście podstawowym powodem, dla którego „musimy” wspierać te wszystkie quasi byty państwowe, jest to, że „walczą” o „wolność i demokrację”. W przypadku Syrii, Kosova czy Czeczenii jest zupełnie inaczej. Oczywiście, każdy kto mówi o tym głośno jest „antydemokratyczny”.
Demokrację wymyślili Grecy, jako formę sprawowania rządów, która pozwalała większości na przeprowadzanie swojej woli. Jeśli komuś nie odpowiada wola większości obywateli danego polis, może wyjechać – przestać być obywatelem konkretnego polis. Niestety dzisiaj „tolerancja” dla różnego rodzaju grup mniejszościowych, zmusza większość obywateli do ograniczania swoich praw. Spójrzmy na przykład Syrii. Krwawe walki w Homs, oraz innych miastach, pomiędzy żołnierzami armii syryjskiej i bandami rebeliantów. Świat nie stoi po stronie legalnych władz państwowych – syryjskich, ale po stroni band złożonych z… różnych mętów społecznych. No, bo jak określić grupę Czeczenów, którzy walczą w Syrii w obronie islamu? Najemnicy? Krzyżowcy – no, to określenie już zupełnie tu nie pasuje.
Idąc dalej. Albańczycy i Kosowo. Już słyszę głosy, różnych „mądrych” ludzi, którzy krzyczą, jak można popierać Serbów, których tradycyjnie od lat wspiera Rosja. Kilka słów wyjaśnienia. Rosja od wieków jest najpotężniejszym państwem słowiańskim. Idee fix, polityki polskiej od czasów Jagiellonów jest ekspansja na wschód. „Uświadamianie młodszych braci” Litwinów i Ukraińców. Bracia Litwini i Ukraińcy są jednak bardzo oporni na nasze działania i przy każdej okazji, dają na do zrozumienia, że mamy sobie to nasze uświadamianie wsadzić w pewną część ciała.
„Wyklęci” czeczeńcy
Jak wygląda sytuacja z Czeczenią, której obywatele stali się nagle naszymi wielkimi przyjaciółmi, bo walczą przeciwko „ruskim”? Władze złożone z dawnych rebeliantów prowadzą odbudowę miast, wsi, życie w kraju wraca do normalności. O ile o takowej można mówić w krajach kaukaskich, gdzie wielką rolę odgrywają tradycyjne zwyczaje, pozwalające min., na porwania młodych dziewcząt w celu ich poślubienia. Niestety, dla wielu polityków w naszym kraju, gromady czeczeńskich partyzantów walczących w lasach i górach Kaukazu z Rosjanami to ich lokalna wersja „żołnierzy wyklętych”. Niestety taka wizja świata jest nie tylko płytka, ale i przy okazji niezwykle głupia.
Żołnierze wyklęci, byli zaprzysiężonymi żołnierzami Wojska Polskiego, w czasie okupacji niemieckiej występowali w ramach AK, NSZ oraz innych organizacji niepodległościowych. Po wojnie w wyniku takich, a nie innych przemian, jakie zaszły w Polsce znaleźli się na marginesie. W przypadku Czeczeni (trudno tu nawet jednoznacznie stwierdzić, dlaczego do wojny pomiędzy Rosją, a Czeczenami doszło) jest inaczej. Miejsce poglądów politycznych i woli do walki z najeźdźcami już dawno zajęła religia. Działania partyzantów czeczeńskich zaś, stały się po prostu elementem walki muzułmanów z chrześcijanami, w tym przypadku prawosławnymi. Czy walka prowadzona przez oddziały partyzantki na Kaukazie zasługuje na uwagę? Oczywiście.
Rosja w przyszłości może stać się naszym wrogiem, podobnie zresztą jak każde inne państwo, łącznie ze Stanami Zjednoczonymi. Dlatego też powinniśmy śledzić działania zbrojne prowadzone przez grupy, które walczą z naszymi przyszłymi wrogami, i wyciągać z tych działań wnioski. Nie oznacza to jednak, że powinniśmy równolegle z obserwowaniem tego, co dzieje się za granicą sprowadzać do siebie setek ludzi, którzy stanowią obciążenie dla nas samych. Z Czeczenami możemy się przyjaźnić, jako z państwem czeczeńskim – wszak można śmiało powiedzieć, że zagraża nam to samo państwo. Jednakże, jako Polacy, wolelibyśmy aby Czeczeni zostali w Czeczenii, a nie przybywali do Polski. Ich przybycie do Polski, kraju o odmiennej kulturze i zwyczajach, doprowadzić może do niebezpiecznego dla obu stron zderzenia kultur. A tym samym różnego rodzaju niepokojów i konfliktów pomiędzy Polakami, a przebywającymi w naszym kraju obcymi. Zwłaszcza jeżeli Ci obcy, zostaną u nas na dłużej.
„Nikt nie ma prawa was bić”
Interesującym potwierdzeniem tej tezy jest sprawa Kosowa, które od lat stanowi poważny problem w polityce międzynarodowej. Serbowie uważają ten rejon za integralną część swojego państwa i prawdę mówiąc, mają rację. Kosowo stanowi część Serbii, tak samo jak Śląsk stanowi dzielnicę Polski. Każdy znający historię potwierdzi, że Śląsk od zawsze historycznie należał do Polski, a fakt, że w granice naszego państwa powrócił dopiero po odzyskaniu niepodległości w 1918 roku, wynikał z wielu niezależnych od samych Polaków czynników, jak choćby rozbicia dzielnicowego. Jednym z jego skutków było wmieszanie się do polityki naszego kraju Świętego Cesarstwa Rzymskiego Narodu Niemieckiego, którego działania zaowocowały, już za czasów Kazimierza Wielkiego stopniowym zbliżaniem się Śląska do Niemiec. Proces ten nie był jednak trwały – pokazał to dobitnie wiek XX i liczne powstania śląskie, które ostatecznie zadecydowały o powrocie Śląska do Polski.
Wracając jednak do Kosowa. W dużym skrócie, władzę nad tym terenem objęła obecnie grupa Albańczyków, którzy przybyli na te tereny w różnych okresach czasu. Najwięcej jednak w czasie wojny, i bezpośrednio po niej. Istniały wówczas plany połączenia rządzonej przez Tito Jugosławii z Albanią, a nawet z Bułgarią. Napływ Albańczyków i muzułmanów do Kosowa jest jednym z efektów tego eksperymentu, który na szczęście nie został zrealizowany.
Już po śmierci Tito, w chwili gdy Jugosławia weszła w szczególnie trudny okres, niepokoje zaczęły się w całym kraju, min., w Kosowie. Podczas kolejnej rocznicy bitwy na Kosowym Polu, serbskiego odpowiednika polskiego Grunwaldu, ówczesny przywódca Serbii Slobodan Milosević, widząc albańskich policjantów, którzy bili tłum złożony z Serbów powiedział:
„- Ta ziemia należy do Serbów. Nikt nie ma prawa was bić!”
Marszu Co mówią polscy politycy z prawa i lewa, gdy podczas Niepodległości, przeciwko ludziom z polskimi flagami występują uzbrojeni w pałki i kastety zadymiarze z Niemiec? Co mówią polscy politycy z prawa i lewa, gdy tak zwani antyfaszyści atakują ludzi chcących uczcić swoje święto narodowe?
Niestety, szerokie masy polskiego społeczeństwa nie widzą analogii, pomiędzy sytuacją Serbów, w tym również tych z Kosowa, a losem własnego kraju. Medialny przekaz, w którym Serbowie odpowiadają za całe zło, które miało miejsce w latach 90., na Bałkanach jest prosty i łatwo strawny dla przeciętnego Kowalskiego, dla którego nie ma większej różnicy pomiędzy jednymi i drugimi. Na dobrą sprawę, w Polsce o tym co dzieje się w dawnej Jugosławii nie wiemy nic. Nasze wiadomości ograniczają się do przekazów medialnych i do prostej konstatacji, płynącej z przekazywanych nam materiałów – walczący o swoją niepodległość „Albańczycy z Kosova” dobrzy, Serbowie – źli. Rzeczywistość ma o wiele więcej odcieni szarości.
Boże chroń Baszara!
Kolejnym przykładem naszych narodowych tendencji samobójczych jest głośny płacz w sprawie toczącej się od kilku lat w Syrii wojny domowej. Początkowe zachwyty nad Arabską Wiosną, szybko ucichły, gdy miejsce tłumów z kairskich placów zajęły bandy uzbrojonych najemników z całego świata arabskiego. Tłumy te stanęły oficjalnie od walki o demokrację, jednakże w świecie arabskim demokracja nie istnieje, przynajmniej nie w formie, którą znamy w Europie.
Takie były uwarunkowania historyczne. Gdy u nas wraz z rozwojem gospodarki i zwiększaniem się poziomu życia statystycznego Kowalskiego władza musiała godzić się na to, że obywatel ma coraz więcej do powiedzenia o własnym życiu, w świecie Arabskim, aż do końca I Wojny Światowej panował, głównie za sprawą Imperium Osmańskiego, system, który najkrócej można by określić jako zamordyzm. Gwarantował on jednak spokój i jakie takie funkcjonowanie „chorego człowieka Europy”, jak mówiono o Turcji w początku wieku XX.
Porażka w Wielkiej Wojnie, zaowocowała powstaniem szeregu terytoriów mandatowych, kontrolowanych z ramienia Ligii Narodów przez mocarstwa europejskie. Poza kilkoma wyjątkami (min., Egipt, który jednak terytorium mandatowym nie był, Irak) państwa te przez wiele lat pozostawały pod kontrolą Europejczyków, którym nie zależało na głębokich zmianach. Trudno więc dziwić się, że gdy biali wyjechali i wrócili do metropolii, w świecie arabskim, kontrolowanym wcześniej przez Francuzów i Anglików powrócono do starych metod rządzenia. Zmienili się tylko przywódcy – lokalna szlachta i oficerowie uchwycili władzę, która do tej pory de facto znajdowała się w rękach przybyszów z Północy.
W tym kontekście nie można oczekiwać, aby w Egipcie, nagle po cały dziesięcioleciach pojawiła się jak Filip z przysłowiowej konopi demokracja. Demokracja w rozumieniu zachodnio-europejskim jest czymś zupełnie obcym dla państw arabskich i tak pozostanie. Oczywiście możemy próbować zaklinać rzeczywistość, sprowadzać tamtejszych miłośników „demokracji” do Europy i urządzać im fety. Niestety będą to pieniądze wyrzucone w błoto. Pora to zrozumieć.
Wnioski
Wnioski z przytoczonych powyżej wywodów, mogą wydać się brutalne, zwłaszcza zwolennikom polityki jagiellońskiej. Są jednakże pisane z mojego prywatnego punktu widzenia. To moja osobista wizja, jak powinniśmy się zachowywać. Nie jest to seria nakazów i zakazów, które powinniśmy bezwzględnie wcielić w życie, ale propozycja. A te jak wiadomo podlegają dyskusji. I dobrze – dyskutujmy. Ale z punktu widzenia, który zakłada, że nie będzie współpracować, poza pewnymi ramami z nikim.
Po pierwsze, bacznie obserwujmy to co dzieje się na frontach i polach bitew nie tylko tych, na których giną polscy żołnierze (w imię czego giną to już inna kwestia) i wyciągajmy wnioski. Dlaczego Amerykanie ponoszą każdego dnia straty w Iraku i Afganistanie? Dlaczego Rosjanie do tej pory nie zdołali zniszczyć wszystkich oddziałów czeczeńskiej partyzantki?
Po drugie, wcielajmy wnioski, które płyną z obserwacji innych w życie u nas. Bo, za dziesięć, dwadzieścia lat może okazać się, że sojusznicy zmienią zdanie i przestaną nas wspierać. I co wtedy zrobimy? Przestańmy również bezkrytycznie przyjmować wszystko, co ma na celu zdyskredytowanie naszych sąsiadów.
Po trzecie, nie ulegajmy dwubiegunowej wizji świata, w której USA zawsze jest dobre i broni nas przed złymi Rosjanami, których podstawowym celem jest zamienienie całego świata w pole bitwy. Polakom, pod względem językowym, mentalności, tradycji i zwyczajów, bliżej jest do Rosjan, niż Amerykanów. Co prawda dzieli nas historia, ale to nie oznacza, że Rosja dąży do zniszczenia innych niepodległych narodów. Przykład tego jak Rosja broni integralności Serbii powinien dać nam do myślenia.




Komentarze
Pokaż komentarze (3)