60 obserwujących
469 notek
494k odsłony
  375   0

To ludzie pracy zmienili Polskę

fot. T. Gutry
fot. T. Gutry

– W parlamencie chcę być w jakimś sensie sumieniem ludzi pracy. Bo ich dzisiaj praktycznie nikt nie reprezentuje – mówi Mieczysław Gil w rozmowie z Ewą Zarzycką.


– Startuje Pan do senatu ze świętokrzyskiej listy PiS. Dlaczego nie z Krakowa? W Krakowie jest Pan znany, w Kielcach mogą powiedzieć: Znowu przywieźli nam kogoś w teczce.

– Z propozycją kandydowania do senatu zwróciła się do mnie grupa posłów PiS właśnie z Kielc. W Nowej Hucie, gdzie mieszkam, PiS wystawia panią Zuzannę Kurtykę, której męża Janusza niezwykle ceniłem, a ją samą poważam za postawę w sprawie śmierci polskich polityków pod Smoleńskiem. Ponadto doskonale zna problemy służby zdrowia i będę wspierać jej kampanię. Moje związki z regionem, z którego kandyduję, są oczywiste. I o wiele dłuższe! Stąd pochodzę, urodziłem się Gacach Słupieckich w powiecie staszowskim. Po wyjściu z więzienia, gdy nie mogłem wrócić do pracy w Nowej Hucie, przez 7 lat prowadziłem gospodarstwo rolne moich rodziców. Tam wychowały się moje dzieci. Miejscowi mnie znają, wiedzą, kim jestem. Moją inicjatywą była budowa w Gacach pierwszego w Polsce ośrodka lekarza rodzinnego, zorganizowałem na tę budowę ok. 85 proc. środków zewnętrznych. Pomogłem tamtejszej straży pożarnej, uczestniczyłem w utworzeniu specjalnej strefy ekonomicznej w Grzybowie, pomogłem dokończyć budowę szpitala w Pińczowie. Udało mi się wiele spraw mniejszych lub większych dla tych okolic załatwić. Zapewniam, że podczas powodzi z 1997 r. nie kalkulowałem, czy mi się to politycznie opłaca, tylko organizowałem pomoc. Zresztą rodzinny dom mam tam do dzisiaj i bynajmniej nie czuję się spadochroniarzem. Mam też, co niezwykle sobie cenię, poparcie kieleckiej Solidarności.

– Po raz pierwszy senatorów wybieramy z okręgów jednomandatowych. Inaczej się prowadzi kampanię wyborczą?

– Dziś, i to nie wynika tylko ze zmiany sposobu wyboru do senatu, są to zupełnie inne kampanie. W czasach marketingu politycznego nikt nie pamięta o nie tak dawnym przecież zakazie prowadzenia kampanii negatywnej. Nawet wręcz przeciwnie... Ale najważniejsze jest to, że ta zmiana jeszcze nie przebiła się do świadomości wyborców. Zetkną się z nią tak naprawdę dopiero przy urnie wyborczej. Co do mnie – jestem zwolennikiem okręgów jednomandatowych, nie tylko do senatu, ale i do sejmu, choć niekoniecznie dla całej puli parlamentarnej. To może pozytywnie zmienić pracę parlamentarzystów, którzy w okręgach jednomandatowych byliby bardziej związani z lokalną społecznością. I o to chodzi.

– Lecz parlamentarzyści, w ogóle politycy, często sprawiają wrażenie całkowicie oderwanych od rzeczywistości.

– Ma Pani na myśli spot z grą w tenisa za stodołą? Tudno zaprzeczyć...Ale na poważnie: załamała się fundamentalna zasada naszej solidarnościowej idei – rozmawianie z ludźmi. Kontakt bezpośredni, a nie z kolejnego studia telewizyjnego. Pamiętamy te niekończące się debaty powstającej Solidarności, I zjazd w Olivii też rozciągnął się ponad miarę. Były to prawdziwe rozmowy, nierzadko spory i to ostre. Dzisiaj debata musi być ujęta w tryby organizacyjne. Z jednej strony – OK, tego wymaga zorganizowana forma, ale z drugiej traci się coś najcenniejszego. Traci się autentyczność i ideowość. Pytam znajomych posłów: Chodzisz na spotkania z wyborcami? „Zwariowałeś? – odpowiadają. – Wiesz jacy ludzie są nabuzowani. Wysyłam asystentów”. Ludzie widzą więc kandydata tylko w czasie kampanii wyborczej, później już nie mają szansy go spotkać.

– Niedawno były poseł tłumaczył w telewizji kandydatowi na posła, że w sejmie najważniejsza jest dyscyplina partyjna, na indywidualizm nie ma miejsca. To Pana nie zniechęca?

– W ramach Obywatelskiego Klubu Parlamentarnego była wewnętrzna demokracja. Dzisiaj istotnie, o wszystkim decyduje kierownictwo partii. Paradoksem jest, że ci, którzy najwięcej mówią o demokracji, na własnym podwórku mają jej najmniej. Dotyczy to wszystkich bez wyjątku. A jak się komuś nie podoba, to w najlepszym przypadku zostanie publicznie wyśmiany, że jest ciurą obozowym. Jest to jeszcze jeden argument za wprowadzeniem szerszej formuły okręgów jednomandatowych. Partie zagubiły program ideowy. Trudno je rozróżnić. W parlamencie chodzi głównie o to, by ograć przeciwnika. Skuteczność ma pierwszeństwo przed rzetelnością, zasadami i wartościami.

– I to będzie dla Pana interesujące?

– To nie będzie interesujące. Lecz jestem przekonany, że jest jeszcze miejsce na powrót do ideałów Solidarności, do rzetelnego sprawowania misji społecznej.

– O Solidarności, w ogóle o związkach zawodowych, politycy na ogół nie mówią dobrze. Jak się więc może udać taki powrót?

– To nie jest powrót do związkowości, tylko do ideałów. Chciałbym jako senator o tym mówić. To będzie trudne, bo mam świadomość, że decydujące są wyniki głosowania, czyli liczy się głos większości. Chcę być w jakimś sensie sumieniem ludzi pracy. Bo ich dzisiaj praktycznie nikt nie reprezentuje.

– Co to znaczy?

– Dziś ludzie pracy często nie mogą nawet tworzyć swojej reprezentacji związkowej, chociaż zgodnie z wszelkimi konwencjami mają prawo do zrzeszania się. W oczywistym konflikcie interesów pracodawca–pracobiorca czy związki zawodowe–rząd, wygrywa silniejszy.

– Mamy w Polsce złe prawo?

– Raczej złą praktykę. Można też skorzystać z innych rozwiązań. W wielu krajach, np. w Ameryce, są instytucje, które bronią ludzi pracy. Nie są to par excellence związki zawodowe, ale instytucje publiczne, które zajmują się danym tematem w określonym zakładzie pracy. One nie są uzależnione od pracodawcy. Nie chcę deklarować, że w parlamencie przede wszystkim będę związkowcem, że to będzie mój sztandar, ale te sprawy będą dla mnie bardzo istotne. Jest jeszcze jedno ważne przesłanie. Przecież tak naprawdę to ludzie pracy, robotnicy, obalili komunizm i zmienili Polskę. Nie doradcy, nie intelektualiści co prawda zwaśnieni z władzą, ale jakoś funkcjonujący na zasadzie współistnienia różnych bytów. To robotnicy nie mieli nic do stracenia. I to oni wszystko – począwszy od 21 postulatów, poprzez rejestrację Solidarności – wywalczyli. Byli zdeterminowani, bronili Solidarności, także w stanie wojennym, a później elity ich zostawiły. Dotyczy to również nowej elity, wytworzonej wewnątrz związku.

– Podczas Pana spotkań przedwyborczych padają takie głosy?

– Padają, jest wiele pretensji. Sam znam przypadki byłych działaczy Solidarności, którzy wraz ze zmianą stanowiska na rządowe czy biznesowe z ironią wypowiadają się o postulatach zgłaszanych przez związki. To gorzkie, ale prawdziwe. Uważam za fundamentalny błąd, że Solidarność nie wyłoniła swojej reprezentacji politycznej. Solidarność, nie doradcy. Nie otoczenie wokół Solidarności, które de facto jest beneficjentem zmian dokonanych w Polsce, tak jak beneficjentami zmian są postkomuniści, a nie ludzie Solidarności, których miejsca pracy zostały w najlepszym razie zdziesiątkowane.

– Mówiąc o wyłonieniu przez Solidarność własnej partii ma Pan na myśli taką relację, jak między angielskimi związkami zawodowymi a Partią Pracy?

– Chociażby, tylko u nas partia ta miałaby inny ideowy charakter. Wielu polityków na zachodzie, np. Rocco Buttilione, jest zdumionych, że ruch, który miał 10 milionów członków nie stworzył własnej partii. Myślę, że właśnie tego obawiano się i stąd brały się głosy, by związek odstawić w kąt historii.

– Dziś Solidarność ma alergię na politykę.

– To raczej politycy mają alergię na Solidarność! Choć daleko jej do stanu z lat osiemdziesiątych, to jednak w dalszym ciągu jest jedyną tak silnie zorganizowaną strukturą. Budzi to zrozumiały niepokój rządzących, sprzeciw wpływowego lobby biznesowego. Tak, jak sądzę, należy odczytywać tę alergię. Poza tym: gdzie jest napisane, że związek zawodowy nie może mieć oblicza politycznego? Że ma nie mieć swoich sympatii politycznych czy swojego partnera politycznego? Gdzie to jest zakazane? Mam wielki żal, że AWS się rozwiązała.

– Ale to właśnie doświadczenie AWS ową alergię wywołało.

– To, że coś raz się nie udało nie oznacza, że się ma zawsze nie udawać. AWS się nie udała z dość powszechnie znanych powodów.

– Jakie najważniejsze błędy popełniono w przechodzeniu od PRL do III RP?


– Pierwsza rzecz – nie wszystkie zakłady w Polsce musiały upaść. Plan Balcerowicza sprowadzał się do tego, że wszystkich wrzucono na głęboką wodę i obserwowano, jak kto płynie. Jak docierał do brzegu to się zastanawiano, czy mu podać rękę, czy utopić. Z reguły wybierano drugą opcję. Trzeba było stworzyć listę przedsiębiorstw o fundamentalnym znaczeniu dla gospodarki Polski i je wspierać. Po drugie – naprawdę nigdzie nie jest tak, że 80 proc. banków jest własnością obcego kapitału. Banki stymulują działania, a polski przedsiębiorca ma ogromne utrudnienia w porównaniu do przedsiębiorcy zagranicznego. Proces transformacji w kierunku gospodarki rynkowej powinien być bardziej kontrolowany przez państwo. U nas się teoretyzuje, że jak ingeruje państwo, to psuje się wolny rynek. Tymczasem kryzysy, ten ostatni zwłaszcza, pokazują jak w krajach gdzie kapitalizm ma długą tradycję, państwo szybko ingeruje. Sarkozy, Merkel, Obama – działali bez sentymentów. I bez strachu, że psują doktrynę. Wolny rynek wolnym rynkiem, ale oni ratowali gospodarki swoich krajów. Nasi ekonomiści – teoretycy powinni wyciągnąć z tego wnioski.

 

Lubię to! facebook.com/TygodnikSolidarnosc

Zobacz galerię zdjęć:

Lubię to! Skomentuj Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale