W swoim klasycznym dziele, Erystyce, Artur Schopenhauer uznał argumentację ad personam, atakującą bezpośrednio przeciwnika w miejsce jego poglądów, za najniższą i najmniej wyrafinowaną metodę prowadzenia sporów. Dlatego została ona zaprezentowana jako ostateczna strategia, do wykorzystania tylko wtedy, gdy inne środki zawiodą. Ponieważ jednak nie wymaga wielkiego przygotowania intelektualnego, jest jedną z najczęściej stosowanych sztuczek – każdy jest w stanie bez namysłu atakować oponenta nie zastanawiając się, co ten ma do powiedzenia. Nic dziwnego więc, że argumentacja ad personam przyjęła się w polityce. Nawet na najwyższym poziomie, gdy w grę wchodzą losy państwa, jest stosowana zaskakująco często. Dla przykładu, pomysł Michaela Dukakisa na kierowanie krajem mógł być tak samo dobry jak George’a H. Busha, ale wyborców obchodziło tylko to, jak głupie wyszedł na zdjęciu w czołgu. Obecna kampania również obfituje w wymierzanie ciosów powyżej pasa. Z rozwojem Web 2.0 ich dostarczanie przestało być domeną polityków opozycyjnych. Teraz każdy ma okazję by zmieszać z błotem nielubianego kandydata – i to działa.
Barack Obama jest trudnym obiektem pomówień z uwagi na jego kolor skóry. Jakikolwiek argument ad personam, który dotknąłby tego tematu, spotkałby się z oskarżeniem o rasizm i ponieważ naruszyłby w ten sposób reputację oskarżającego, okazałby się przeciwskuteczny. Istnieją jednak inne pozycje, bliskie kwestiom rasowym, z których można atakować Obamę. Ostatnia jego krytyka dotycząca odwołania spotkania z rannymi żołnierzami podczas wizyty w Niemczech jest niczym w porównaniu do innych niedawnych rewelacji.
Najbardziej rozpowszechnione plotki opierają się na etnicznych i religijnych powiązaniach demokratycznego kandydata. To, że jego ojciec pochodzi z Kenii i że jego drugie imię brzmi Hussein wystarcza do podsycenia hipotez o jego związkach z islamem. Wciąż nie wiemy, czy Ameryka jest gotowa na czarnego prezydenta, ale zwłaszcza po 11 września nie jest gotowa na muzułmanina.
Islamiczna histeria w sieci zaczęła się wraz z upublicznieniem e-maila wysłanego przez kilku amerykańskich misjonarzy działających w Kenii to ich przyjaciela w Stanach, w którym powtórzyli plotki mające wtedy krążyć w tym afrykańskim kraju. Według nich Obama jest muzułmaninem, ma na trzecie, ukrywane imię Mohammed i jest kuzynem i sponsorem przywódcy lewicowej opozycji w Kenii, Raula Odingi (który z kolei miał odbyć przeszkolenie w NRD jako komunistyczny agent). Historia zaczęła żyć własnym życiem – w kolejnych wersjach Obama miał uczęszczać do wahabickiej szkoły w Indonezji, a podczas zaprzysiężenia w Senacie miał używać Koranu w miejsce Biblii. Oskarżenia te mają swoje podstawy w biografii czarnoskórego senatora, ale wnioski, jakie są z niej wyciągane, są zdecydowanie przesadzone.
To prawda, że zarówno ojciec, jak i ojczym Obamy (pochodzący z Indonezji, najludniejszego muzułmańskiego kraju świata) zostali wychowani w tradycji islamskiej, ale ich zachowanie w późniejszym życiu (np. nadużywanie alkoholu), świadczy o tym, że później ją porzucili. Prawdą jest, że Obama chodził do szkoły w Indonezji (mieszkał tam razem z matką i ojczymem gdy był dzieckiem), ale była to państwowa i świecka placówka, z nauczaniem religii ograniczonym do minimum. W najnowszej historii Kongresu naprawdę zdarzył się przypadek przysięgania na Koran, ale tyczył się nie Obamy, a Keitha Ellisona, członka Izby Reprezentantów z Minnesoty i pierwszego muzułmanina w amerykańskim parlamencie. Odinga sugerował publicznie, że Obama jest jego kuzynem, ale znaczyło to prawdopodobnie tylko tyle, że ojciec senatora należał do tego samego plemienia. Wreszcie prawdą jest, że kenijski polityk spędził młodość w komunistycznych Niemczech, ale jako student, nie przyszły szpieg.
Żeby obalić rozwijającą się teorię spiskową sztab Obamy upublicznił świadectwo urodzenia kandydata oraz kilka innych prywatnych dokumentów. Nie znaleziono żadnej wzmianki o ukrytym imieniu bądź tajnych praktykach religijnych. Niektórzy radykalni zwolennicy islamskiej hipotezy zaczęli jednak twierdzić, że dokumenty zostały sfałszowane. Sprawa wydaje się być rozwiązana, ale po internecie ciągle krążą plotki i z uwagi na egalitarną naturę tego medium zapewne wciąż znajdują nowych wyznawców.
Obama był również oskarżany o brak szacunku wobec narodowych symboli. Popularne zdjęcie krążące w cyberprzestrzeni przedstawia jego razem z Billem Richardsonem i Hillary Clinton podczas zjazdu Partii Demokratycznej w Iowie, rzekomo podczas ślubowania wierności.
Richardson i Clinton trzymają prawą rękę na sercu - Obama nie. W rzeczywistości zdjęcie zostało zrobione przed złożeniem ślubowania, w trakcie grania hymnu narodowego, gdy tak uroczysta postawa nie jest wymagana. Kolejny łańcuszek mailowy przypisuje Obamie krytykę Gwiaździstego Sztandaru, jako pieśni zbyt zaściankowej i militarystycznej i propozycję zmiany hymnu na I’d Like to Teach the World to Sing, piosenkę ze starej reklamy Coca Coli. Po raz kolejny śledztwo wykazało, że słowa rzekomo wypowiedziane przez Obamę pochodzą z kolumny satyrycznej czasopisma The Arizona Conservative i nie mają wiele wspólnego z prawdziwymi poglądami kandydata Demokratów na temat patriotyzmu.
- Czy prezydentem USA będzie Husajn?
- Ojciec Obamy socjalistą?
- Barack Obama - demokratyczny sen na jawie - część I, część II


Komentarze
Pokaż komentarze (16)