Trzydzieści dwa lata temu, w sierpniu 1976 roku, wskazania sondaży były jednoznacznie: nominat Partii Demokratycznej, Jimmy Carter, wygra przygniatającą większością głosów z z urzędującym prezydentem Geraldem Fordem. W Białym Domu chciały go wiedzieć dwie trzecie Amerykanów. Gubernator Georgii zaoferował społeczeństwu wszystko, czego potrzebowało: nie należał do waszyngtońskiego establishmentu, tryskał energią, a jednym z jego haseł było Czas na zmiany. Reprezentował nową jakość w powszechnie pogardzanym świecie polityki. Ford mógł odpowiedzieć na to tylko doświadczeniem, zwłaszcza w polityce zagranicznej. Jednak im bliżej był dzień wyborów, tym więcej ludzi przekonywało się do tego, że choć Carter jest atrakcyjniejszym kandydatem niż Ford, to jako wybranie go na przywódcę państwa byłoby bardziej ryzykowne. Ostatecznie Carter wygrał, ale tylko 2% głosów – w ciągu trzech miesięcy zdołał stracić aż 30% poparcia.
Co to wszystko ma wspólnego z obecną sytuacją? Zgodnie ze słowami doktora Marka Rozella z George Mason University Fordem jest teraz John McCain, a Carterem Barack Obama. Kandydat demokratyczny jest powszechnie uważany za atrakcyjniejszego polityka, jednak wyborcy mogą go jednocześnie uważać za kandydata podwyższonego ryzyka. Skoro Ford był w stanie tak znacząco poprawić swoje notowania, dlaczego McCainowi miałoby się nie udać pozyskanie dodatkowych 6 - 8% wyborców? Wyścig prezydencki, niezależnie od tego jak opisują go media, jest ciągle daleki od rozstrzygnięcia.
Rzecz jasna role mogą się jednak odwrócić. Cztery lata później, gdy Carterowi rzucił wyzwanie Reagan, Carter tak jak jego poprzednik legitymował się doświadczeniem w administrowaniu i polityce zagranicznej. Reagan, z jego wizerunkiem cowboya, był uważany za kandydata nieprzewidywalnego, a tym samym ryzykownego. Do tygodnia poprzedzającego wybory, gdy odbyła się jedyna debata telewizyjna, kandydaci szli w sondażach łeb w łeb. Reagan wywarł jednak tak ogromne wrażenie na wyborcach, że tydzień później odniósł wielkie zwycięstwo. Dlatego też nawet mając przewagę McCain nie powinien czuć się zbyt pewny siebie, ponieważ sytuacja może zmienić się w każdej chwili – choć Obama z pewnością nie ma umiejętności aktorskich Reagana.
Jeśli chodzi o kandydata Demokratów, jego przewagę nad McCainem w mediach trudno jest przeoczyć. Ale nie wynika ona z ich świadomych wyborów ani z antyrepublikańskiego spisku. Rozell wskazuje na czynnik personalny - większość z dziennikarzy politycznych to potencjalny elektorat Obamy. Są młodzi, pochodzą z wielkich miast, są na całkiem niezłym poziomie finansowym - nic dziwnego, że nawet jeśli próbują być bezstronni, to i tak podświadomie ciążą ku Obamie. To prawda, że media działają na rzecz jednego kandydata, ale nie na skutek zorganizowanej akcji. Zwolennicy teorii spiskowych, przynajmniej jak do tej pory, mylą się.
Podobne:
- Prezydent to taka kiepska wersja polskiego króla - relacja z Wittenbergi (I)
- Kampanie sprzed lat: 1980 - część I, część II
- Kampanie sprzed lat: 1976


Komentarze
Pokaż komentarze (1)