Wczoraj zadzwonił do mnie upolityczniony znajomy i kazał włączyć TVN. TVN-u u nas nie ma, bo nie sięga, ale znalazłam w sieci. Wprawdzie przy szybkości mojego łącza odpalenie TV graniczy z cudem, ale miałam szczęście. Trafiłam na jakiegoś pana, który z sejmowej mównicy czytał wiersze. Najwyraźniej własnego autorstwa. Przeżyłam szok artystyczno-językowy i zablokowałam strony na których pojawiają się posłowie, żeby moje dziecko przypadkiem tam nie trafiło. Odkąd syn odkrył, że istnieją dwaj tacy sami panowie, którzy tak samo mówią, chodzą i robią takie same miny, zaczął żywo interesować się polityką. Lepiej, żeby nie idociał w młodym wieku.
Na szczęście trafiłam na kawałek kampanii wyborczej z jajem. Niestety - nazwisko Szanownego Kandydata umknęło mi z pamięci, ale pozostał obraz Żebrowskiego-Wiedźmina, umykającego przed niewiastą okładającą go torebką. Niewieście wcale się nie dziwię - jako wielbicielka Sapkowskiego z miłą chęcią przyłożyłabym Żebrowskiemu czymś twardszym niż torebka. Zaintrygowało nie to, że spoty Szanownego Kandydata robią autentyczną furorę. Dzieciaki zgromadzone przy kompach w naszym ośrodku kultury w skupieniu przygladały się pomykającemu Wiedźminowi, a tekst "robię to tylko dla Rafała" nieoczekiwanie przynósł z przedszkola mój syn. Innymi słowy - strzał w dziesiątkę. Tyle tylko, że nazwiska Kandydata nikt nie może sobie przypomnieć...
Z dwojga złego wolę Wiedźmina, niż poetycznie usposobionego posła (jego nazwiska też nie znam), sypiącego rymamami częstochowskimi z sejmowej mównicy.


Komentarze
Pokaż komentarze