Pewnego dnia, kilka lat temu, nasz burmistrz postanowił upiększyć miasteczko. Natchnieniem dla niego była podróż aż do Ostrołęki, gdzie tamtejszy włodarz wyciął kilkanaście dorodnych topól na wysokość jakiś 8 metrów, a na kikutach poustawiał mnogość rzeźb, takich jak żniwiarz, dzbanek z palmami kurpiowskimi, tańczącza para, a z przedziału patriotycznego - zezowaty kosynier wsparty na armacie. W celu dogonienia Ostrołęki, burmistrz rozpisał konkurs wśród miejscowych twórców. Zgłosiło się dwóch - jeden sławny w całej Polsce z tego, że wykonuje na zamówienie odlewy damskich tyłków w silikonie, a drugi - wielbiciel prymitywizmu, który brak talentu maskuje długimi wywodami na temat Nikifora. Panowie stanęli w szranki i ku rozpaczy amatorów golizny wygrał prymitywista. Dzieło konkursowe w wielkiej tajemnicy ustawione zostało na skwerku koło krzyża z blachy, upamiętniającego Solidarność.
Pamiętam, że było gorąco jak jasna cholera, na otwarcie dzieła przyszło kilkanaście osób, w tym część z wieńcami na wszelki wypadek. Była delegacja kombatantów, dzieci w strojach krakowsko-kurpiowskich, zespół koła gospodyń wiejskich i szalenie zaaferowany przedstawiciel lokalnej prasy, z dużym identyfikatorem, żeby każdy wiedział, z kim ma do czynienia. Mnie tam przywiało, bo akurat załatwiałam pozwolenie na budowę i musiałam wykazać się patriotyzmem lokalnym.
Pomnik owinięty był jakimś całunem z obowiązkową biało-czerwoną wstążką obok której czatowało trzech wyszorowanych odświętnie młodzieńców z podstawówki, z których jeden dzierżył jakiś sztandar, drugi poduszkę z kanapy z nożyczkami, a trzeci dłubał w nosie. Po obowiązkowych przemówieniach, burmistrz złapał za nożyczki i razem z nikomu nieznanym przedstawicielem powiatu przeciął wstęgę. O ile pamiętam, chwilę trwała szarpanina z całunem, który zaczepił się o jakąś wypustkę, wreszcie całun spadł, a naszym oczom ukazał się taki widok: na niewielkiej górce obłożonej kostką Bauma, stał zgarbiony karzeł. Do karła czule przyklejało się coś, przypominającego wyrośniętą kapucynkę. Karzeł odziany był w półpancerz i krzyżacki płaszcz, płetwiate ręce sięgały mu do kolan, a na twarzy o mongoidalnych rysach malował się wyraz nieopisanej tragedii. Głowę karła wieńczyło coś, jakby dwa kucyki, zawadiacko sterczące do góry. Kapucynka była wyliniała i najwyraźniej ciężko chora. W tłumie zapadła cisza. Nawet ksiądz, który z kropidłem w ręku zajął centralne miejsce pod pomnikiem, zgłupiał. Jakiś facet, z osłupieniem przygladający się dziwnej parze na pełen regulator jęknął "A kto to kurwa jest?!". Sytuację rozładował burmistrz, który zarządził modlitwę za "papieża Jana Pawła II, który od dzisiaj będzie patronował naszemu miastu". Ksiądz otrząsnął się z odrętwienia i dalej jakoś poszło. Karzeł-uzurpator z wyrytym na cokole "Jan Paweł II" stał kilka lat.
Następny rok obfitował w wydarzenia artystyczne, bowiem prymitywista, ośmielony sukcesem karła z kapucynką, wyprodukował jeszcze dwie ławki pod gminą (jedna w formie leżącej, biuściatej nimfy,druga w kształcie dłoni, obie najeżone różnymi ozdobami i niezbyt uzyteczne), rzeźby hutnika, górnika i rybaka i kilka łodzi w różnych konfiguracjach (do góry dnem, na boku, na rufie...). Arcydziełem są niewątpliwie witacze, ustawione na granicy naszej pięknej gminy - z relacji Autora wiem, że są nawiązaniem do jezior, pól i lasów, chociaż po mojemu przedstawiają zboczeńca za choinką, ale nie będźmy drobiazgowi.
KLilka dni temu jadę sobie do naszego miasteczka, w celu spotkania z samym burmistrzem, który z jakiś przyczyn wezwał mnie na audiencję. Po drodze zatrzymałam się koło karła z kapucynką, bo moją uwagę zwrócił nowy element. Okazało się ze w miejscu napisu "Jan Paweł II" zawisła drewniana tabliczka na dwóch drutach, z napisem "Benedykt XVI". Zapytałam burmistrza, o co tu chodzi. Wzruszył ramionami - "Janówpawłów to wszyscy mają,a Benedykta tylko my - wyjaśnił. Fakt. O tym nie pomyślałam.


Komentarze
Pokaż komentarze (9)