Pojechałam po dziecko do przedszkola, po drodze złapała mnie nieprawdopodobna burza. Na szosie leżały połamane konary drzew, lało, wicher gwizdał.
"Tych na Nidzkim to zmoczy - pomyślałam mściwie, przypominając sobie moje krótkie wakacja sprzed dwóch lat i sławny "biały sztorm", kiedy razem z dziesiątkami mi podobnych wyciągałam z jeziora Mamry podpitych wielbicieli żeglarstwa, bez kapoków, za to z dziećmi i psami.
Pod domem zastałam małe pandemonium - światło padło w całej okolicy, tylko ja i odległy sąsiad mieliśmy prąd. Wszystkie krowy i byki Rysia rozpełzły sie po okolicy, korzystając z tego, że wysiadł elektryczny pastuch. Po głupiemu zamknęłam drzwi na klucz i zdesperowany Rysio nie mógł się do mnie dostać, żeby ustrojstwo podłaczyć. Kilkanaście osób, w lejącym deszczu zaganiało zwierzęta, które nasze wysiłki miały głęboko pod ogonami. Kilka sztuk zapędziliśmy do mojego sadu. "Po cholerę drzwi zamykasz?! - darł się Rysiu przez strugi deszczu - Swoi cię nie okradną, a sąsiedzi popatrzą. Toż wiedzą, że po małego jedziesz!" Fakt - zadziałał instynkt z miasta... W ramach rekompensaty nakarmiłam i napoiłam zziębniętą gromadę, Rysio uwiesił się na telefonie i ostrzegł naszego wiejskiego weterynarza mieszkającego za górką, w lesie, że jeszcze kilka sztuk bydła błąka się po okolicy.
Siedliśmy w domu, zeby chwilę odsapnąć, a mi coś zaświtało - "Rysiek, u mnie jesyt agregat. Nie mogłeś podłączyć, zamiast sie za bydlakami uganiać? Przecież stoi w warsztacie, wystarczy odpalić, ropę z mojego samochodu mogłeś ściągnąć." "Agregat to już kurwa wydał - oznajmił Rysiu - Byki se poganiają, schuść nie schudnom, a agregat się gdzie indziej nada. Ropę i z twojego ściąglim, i z traktora." Nie pytałam, bo znam sytuację.
We wsi kilka lat temu stało się nieszczęście - młoda dziewczyna w ciąży miała wypadek na polu. Jak to się stało, że dziewczyna zmarła, a dziecko przeżyło - nie wiem. Grunt, że żyje do tej pory, praktycznie bez żadnego kontaktu ze światem. Podłaczone do respiratora zdane jest na łaskę i niełaskę "czynników zewnętrznych". Ojciec zabrał córeczkę do domu i od tej pory praktycznie od niej nie odchodzi. Często podrzucam im coś do zjedzenia, wieszając reklamówkę na płocie, na którym zresztą zawsze coś wisi, bo ktoś już przede mną był. Pamiętam, że w Wielkanoc podjechałam, żeby zostawić coś na święta i zrobiło mi się łyso - z wiszących na płocie torebek wystawały pęta domowej kiełbasy i kawały szynki. Ktoś zostawił cała reklamówkę jajek, inny powiesił koszyczek ze święconką. Moje "kupne" przysmaki wypadły blado... O pomocy nikt nie mówi, stąd enigmatyczność Rysia. Po prostu - nie uchodzi. Trzeba było pomóc, to się pomogło.
"Młoda, ileć za ten agreget chcesz - zagaił Rysio - możeć i nowy kupić, ale twój porządny, nada się. Ja ropę dam, co żałować będę. To ile stanie?" Roześmiałam się, bo wiem, o co chodzi. Jestem stąd, ale tak trochę jedną nogą. Kupili mnie, ale nie do końca. Za darmo ode mnie wziąć nie wypada, a Rysio doskonale wiedział, że nie będę się targować. Stanęło, że póki co agregat zostanie tam gdzie jest, a Rysio da ropę. Potem pogadamy.
I tak wszyscy są zadowoleni - a jak mi siądzie światło, to najwyżej rozmrozi mi się lodówka i nie będę mogła przeczytać wyborczej.pl.


Komentarze
Pokaż komentarze (1)