W maju spełniły się koszmarne sny większości rodziców - nastał czas Komunii.
Mamę Marlenki poznałam w okolicach marca - wpadła do mnie z zaskoczenia i szalenie zaaferowana poprosiła o puszczenie jej do komputera. Jestem przyzwyczajona do tego, ze moi sasiedzi wykorzystują mój dom jak darmową kafeję internetową, więc nie oponowałam. Mama Marlenki zaciągnąła mnie za rękaw do kompa i kazała szukać stron z poradami dotyczącymi Pierwszej Komunii. Jak się okazało, Komunia to świetny biznes, bo wygoglałam kilka tysięcy stron, w tym większość komercyjnych: fryzury, buty, makijaz, kiecki, narzutki z piór marabuta, torebki, boa, koszyczki, bizuteria... Do tego prezenty - od quada, poprzez skutery, laptopy, aż po pierścionki o przedziwnych kształtach.
Mama Marlenki, zajęta przegladaniem jakiś specyficznych nakryć głowy, przypominających skrzyzowanie rosyjskich kokoszników z tiarą księznej Walii, opowiadał mi o skandalicznym zachowaniu księdza, który kazał dzieciom na Komunię przyjść w albach: "Jak sobie to sąsiadka wyobraza- takie szmaty! - zrzędziła mama Marlenki - Jak w jakimś obozie jakim, czy co. Taki wazny dzień i jak Marlenka to sobie zapamięta? Szmatę zapamięta, ot co. Przed kościołem jej włozę i zaraz zdejmnę. O! Tak pani powiem! Sukienkę Marlence chrzesna przysłała, az z Warszawy! Piękna! - tu mama Marlenki zaczęła opowieść o koronkach, falbankach, sztucznych perełkach i piórach. Przejrzałyśmy jeszcze oferty rózańców (od szlachetnych kamieni po fosforyzujący plastik), decydując się w końcu na "biały koral ze srebrem - najlepszy rózaniec na Pierwszą Komunię", wystawiany na Allegro. Mama zamyśliła się jeszcze nad perłami, ale cena jednak przekroczyła jej możliwości.
W kwietniu mamie Marlenki rozsypał się wiekowy samochód. Przyszła prosić o pomoc - trzeba było jechać do miasteczka powiatowego. Sąsiadom się nie odmawia, zapakowałam mamę Marlenki do samochodu i pojechałyśmy. Razem z nami zabrała się Marlenka, która na tę okoliczność nie poszła do szkoły. Rozmowa moich pasazerek dotyczyła szczegółów stroju - tym razem chodziło o torebkę i buty. Objechałyśmy całe miasteczko, w końcu po kilku godzinach męki wróciłyśmy do domu z pełnym bagaznikiem, bo mama Marlenki wyczaiła gdzieś prześliczną narzutkę z piór, z satynową lamówką, co z jakiś przyczyn było bardzo wazne, sukienką na przyjęcie (sic!), kieckę dla siebie, nakrycie głowy - jakby wianek ze sztucznych rózyczek z dopiętą firanką - a Marlenka znalazła wymarzony prezent: i-phona. Do tego przywiozłyśmy buty, torebkę i wypchaną torbę z miejscowej drogerii, z zestawami do makijazu w róznych gamach kolorystycznych, lakierami do włosów i paznokci, tudziez perfumami. Obie panie były nadzwyczaj szczęśliwe z zakupów i dostąpiłam zaszczytu zaproszenia na Komunię Marlenki. Jakoś w zaden sposób nie udało mi się od tego obowiązku wykręcić. W kościele i tak zresztą miałam być, bo w tym samym dniu do Komunii przystępował syn mojej przyjaciółki.
Pod kościołem kłebił sie tłum dzieci i rodziców, wszyscy odstrojeni, wokół nich biegał miejscowy fotopstryk, który nareszcie miał żniwo. Panie w kieckach raczej wieczorowych, dziewczynki w miniaturach sukni ślubnych i wymordowani ojcowie, którym zera przeskakiwały w oczach. O sakramencie nikt nie mówił, za to trwała zazarta licytacja na koszty, prezenty i dania. Jedna z matek opowiadał z dumą o skuterze, który dostał jej syn, najwyraźniej za to, ze przystąpił do sakramentu, ktoś chwalił się cyfrówką z wymiennymi obiektywami i laptopem, tam matka opowiadała o tym, ile ma nadzieję zebrać w kopertach, a ile w prezentach, ktoś mówił o wynajętej knajpie, inny o ubitym świniaku. Podziwiano kreacje, wianki i buty. Miałam dziwne uczucie wejścia na targowisko prózności. W końcu ksiądz zagonił towarzysto do kościoła, sprawdzając, czy wszyscy załozyli alby. Matki z westchnieniem naciągały "pokrowce" na sukienki córek i wreszcie się zaczęło.
Msza minęła spokojnie, pod kościołem poustawiały się samochody, mające odwieźć młodych ludzi na przyjęcie komunijne. Moja przyjaciółka, zdesparowana ciągnęła syna za rękę - "Ty, podrzuć mnie do domu, bo cholera wstyd na całą okolicę! Gratem takim jezdzę, a tu patrz, jakie bryki, cholera!" Zabrałam Aśkę, odiwozłam ją do domu, obiecałam ze wpadnę wieczorem na pokomunijnego grilla i pojechałam do Marlenki.
Przyjęcie odbywało się w domu, w namiocie rozstawionym na odświętnie wysprzątanym podwórku. Stoły uginały się od zarcia, wódki było w bród. Na szczycie stołu królowała Marlenka w "sukience na przyjęcie" z dumną mamą u boku i otwierała prezenty. Ojciec przechwytywał koperty z pieniędzmi. Obok stołu stał skuter, na stole - laptop, cyfrowa lustrzanka (z daleka chyba Nikon), jakieś tajemnicze "zestawy komunijne" typu konsola z dołaczoną Biblią dla dzieci, gry, pudła, pudełeczka.
Ojciec Marlenki liczył kasę - "Patrz, prawie się zwróciło! No, zarcie i wódka, bo ta reszta, to szkoda gadać. A! Słuchaj, samochód mi byś pozyczyła, bo nasz, to wiesz... No, rozsypał się, a teraz to musimy kredyt spłacić, cośmy go na Marlenkę wzięli i nowego to chyba nie kupim. Moze po giełdach zie rozejrzę, ale to za rok jakiś, co nie? Słuchaj, a tego starego byś nie wzięła? Passata masz, to by na części jak znalazł." Poradziłam ojcu, zeby opchnął wypasionego lapa i skuter, o lustrzance nie mówiąc. "E tam - rynku tera nie ma. Moze na przyszła Komunię, ale co ja wim, co za rok będzie?"
Udało mi się wyrwać po godzinie, pognałam do Aśki, zeby pomóc przy szykowaniu grilla. Panierowałyśmy jakieś skrzydełka, a Aśka opowiadał o komunijnych przygotowaniach: "Cyrk kompletny, mówię ci. Latałam na jakieś przygotowania, z pięć prób generalnych było. Ten ksiądz nowy jakiś rozsądny jest - kazał alby kupić, po 40 złotych od łebka. Awantura jak diabli, rodzice krzyzem się kładli. Ksiądz nie odpuścił, pewnie go powiozą. Staszek garnitur miał, bo my teraz kompletnie bez forsy jesteśmy, to dostaliśmy od kuzyna po jego dzieciaku. Buty musiałam kupić. No i te utensylia - rózaniec, ksiązeczkę.. Od księdza kupiłam, bo tanio sprzedawał. Ty wiesz, jakie tu sumy latały?! Te kiecki, to normalnie majątek! A ja głupia jestem i zaczęłam coś o sakramencie i o przezyciu duchowym... No, to mnie zgasili, bo była dyskusja o prezencie dla księdza. Widziałaś te prezenty? Ty, skąd oni kasę na to biorą? Przeciez ledwo koniec z końcem wiązą... Albo ja jakaś rozrzutna jestem, ze ciągle forsy brakuje, albo z Filipem tak mało zarabiamy... Ale jak na komitet rodzicielski zbierali, to matki prosiły o przełozenie, bo nie miały. To skąd ta forsa?!"
Wyciągnęłam z bagażnika rower dla Staszka. Od rodziców Staszek dostał zegarek. Spojrzałyśmy z Aśką na siebie i parsknęłyśmy śmiechem: "Pamiętasz? Tez rowery dostałyśmy. I zegarki!" Pamietam. Dostałam czerwonego składaka.
No cóz - wszystko idzie na przód...
Marlenka w rzeczywistości nie istnieje - w tej opowieści zawarłam moje doświadczenia z tegorocznych Komunii kilkorga dzieci moich sasiadow.


Komentarze
Pokaż komentarze (84)