Kilka dni temu u sasiadów mój syn zobaczył jakiś film z lat 80. Przyleciał do domu szalenie zainteresowany sprawą, bo pani płaciła nie pieniązkami, ale takimi karteczkami w kratkę, a pani sprzedawczyni te karteczki cięła nożyczkami. Wyjasnienie pięciolatkowi, co to były kartki, dlaczego w sklepach były kolejki, a na półkach nie było nic przekroczyło moje możliwości. Poczułam się jak dinozaur, wyjasniając, ze nie było komputerów i komórek, a dziadkowie przez kilkanaście lat czekali na podłączenie telefonu, az wreszcie się nie doczekali, bo sprzedali mieszkanie w Warszawie i wynieśli się na Mazury.
Pytania były coraz bardziej dociekliwe, więc wynalazłam gdzieś w sieci stronkę, na której prezentowane były opakowania po wyrobach czekoladopodobnych, pieniądze z mnóstwem zer - jak mi słusznie wypomniał ppor Dub - z nieco późniejszych czasów pochodzace, i rzecz jasna kartki. Przy okazji obejrzeliśmy sobie wijącą się kolejkę do sportowego na Placu Konstytucji, buty z Nowego Targu w przedziwnym, srebrnym kolorze (dziecko nie mogło pojąć, dlaczego takie paskudztwo było marzeniem jego matki), szary, wymęczony tłum pod mięsnym i czołgi zakopane w śniegu koło Mostu Poniatowskiego. Trafiło się też kultowe zdjęcie kina Moskwa z Czasem apokalipsy i skotem.
Synku, nie umiem Ci tego wytłumaczyć. To prehistoria, równie dla Ciebie odległa, co dla mnie opowieści Twojego dziadka o obozie w Żagarach. Mam nadzieję, ze Ty nie będziesz musiał czegoś tak dziwnego tłumaczyć swoim dzieciom. I choć ja 4 czerwca świętować nie będę, Ty o nim pamiętaj. Jak o prehistorii z happy endem.


Komentarze
Pokaż komentarze (6)