Na Mazurach czuć już zbliżający się sezon - martwe przez całą zimę miasteczka nagle ożywają - otwieraja się liczne knajpki i pasaże handlowe. Dzisiaj - przy okazji oczekiwania na powracającego z wycieczki syna - wpadłam na coś do zjedzenia do knajpki w sąsiednim miasteczku.
Wzdłuż całego centrum ciągną sie knajpy - przewaznie z pizzą, trafia się kuchnia grecka, tajska i polska. Knajpy stoją jedna przy drugiej i są dziwnie zbudowane: bardzo długi, przykryty dachem ogródek, na końcu majaczy bar. Pod wszystkimi dachami wisi niesamowita ilość zieleni, w każdej knapce gra szafa. Wszędzie pustki, bo to czwartek, więc stonka jeszcze nie przyjechała.
Z samochodu wzięłam Wyborczą, zeby coś kulturalnego poczytać. Wyborcza gra tu wazną rolę.
Knajpa Nr 1 przywitała mnie rykim szafy grającej, od której trzęsła się podłoga. Ogłuszona, usiłowałam znaleźć obsługę, zamiast tego trafiłam do kuchni, w której trwał przedwakacyjny remont - kubły z farbą stały między lodówkami, mięso było poprzykrywane folią, jakiś usmarowany jak nieboskie stworzenie facet przestawiał miski z dodatkami do pizzy, moczącymi się w wodzie. Zwiałam i trafiłam do knajpy Nr 2, gdzie też grała szafa, jakby gorszej jakości, bo bezskutecznie przekrzykująca tę po sąsiedzku. Kelnerka z błogim wyrazem twarzy niemal przytulała się do odskakującego mebla, najwyraźniej usiłując cokolwiek usłyszeć. Na moje nawoływania nie zwróciła szczególnej uwagi, w końcu zamachała ręką w stronę baru. Poszłam, znalazłam barmana, z jakiś przyczyn siedzącego w kucki na podłodze między barem, a regałami z wódką. Dowiedziałam się, że kawy nie ma, bo się ekspress zepsuł, ale będzie jutro, więc moge wpaść. Ewentualnie moge dostac pluję w szklance.
W kolejnej knajpie podawano danie kuchni tajskiej. Knajpy w zeszłym roku chyba nie było, albo podawała dania jakiejś innej kuchni, bo jej kompletnie nie pamiętałam. Tu szafy nie było, była za to wieza z której dobywały się nieziemskie dźwięki jakiś chińsko-japońskich instrumentów strunowych, którym towarzyszło zawodzenie. Nie mam nic przeciwko orientalnej muzyce, ale ta była wyjatkowo upierdliwa i przypominała jezdzenie styropianem po szybie. Kawę mieli, ale jakąś dziwną - z dodatkiem dość dużej ilości przypraw, stosowanych przez mnie raczej do zupy. Kelner, w stroju przypominającym skrzyżowanie szlafroka z samurajską zbroją, okazał się moim znajomym: "Ty, daruj sobie, tego cholerstwa w ogóle wypić nie idzie. Poza tym wrzodów dostaniesz od tego wycia - zareklamował uprzejmie obiekt. Po chwili dołaczył do nas właściciel, też znajomy - "On ma rację, pić się tego nie da, ale się ludzie snobują to mam. I ta cholerna surowa ryba. Chodź, to ci pokazę." Zaplecze było okazałe i nie było tu remontu. Za stołem okrytym kwasoodporną blachą drzemał znudzony kucharz, najwyraźniej import z Azji. Na mój widok poderwał się i zaordynował sushi. "Cholera, w ogóle faceta nie rozumiem - jęknął właściciel. Sushi było przepyszne. Świezutkie, ryby wygladały, jakby przed chwilą je złowiono - "Klientów nie mamy, to na koszt firmy. Tylko się nie rozbestwiaj - mrugnął do mnie właściciel - Kawę sam ci zrobię, bo mi jeszcze po poprzedniej knajpie normalny ekspress został."
Zasiadłam przy sushi w towarzystwie kucharza, ktory najwyraźniej był zachwycony, ze moze w końcu pokazać swoje talenty. Właściciel zaczął opowieść: "Poprzednio tu knajpa z polską kuchnią była, ale właściciel się rozwiódł i mi to sprzedał. Zrobiłam knajpę orientalną, kasy władowałem pod sufit. Senepid z pięć razy był, jak do poprzednika się nie czepiali, to do mnie tak. U sąsiadów byłaś? No, kurwa, remont mają, farba na talerze kapie i nikt słowa nie powie. Pewnie maja jakiś układ, bo u mnie to i do ścierki od podłogi w wiadrze się przyczepią. Weź te Wyborczą i przeczytaj: o, tu masz - pokazał mi jakiś artykuł. W swietnym tekście pokazano polską gastronomię - obraz nędzy i rozpaczy. Przeleciałam artykuł, dowiedziałam się, czego unikać, czego nie. Zajadałam się sushi i jednym uchem słuchałam mojego gospodarza: "Patrz, stoły z blachy kwasoodpornej, krany na fotokomórkę, wyparzacze pod ciśnieniem, lodówki do rozmaitych produktów, wykładzina antybakteryjna, zbiorniki na olej, hermetyczne kosze na odpadki. Słuchaj! Ile mnie to kosztowało! O kucharzu nie wspomnę. PIP latał, sprawdzali, czy nie na czarno pracuje. Ksiązeczki sprawdzali, umowę tłumaczyłem, chciociaz on angielski zna i chciał po angielsku. Wystrój zmieniłem, na same kwiatki wydałem majątek. Nie załuję, bo mi się w sezonie zwróci. Chociaz - cholera wie. To draństwo w tych wodorostach kosztuje od groma kasy, a teraz ludzie bez pieniędzy są. Piwo mam, ale takiego sikacza, kto to cholera kupi. Widziałaś ciuchy kelnerów?! No tak, trudno nie zauwazyć. Tez na nie wydałem. Ja ci to prywatnie mówię, więc ściemy nie robię. Ja tez to w Wyborczej czytałem i zastanawiam się, jak im sanepid na łeb nie wlazł... U mnie kazda porcję potrafią zwazyć, a co się nazrą i napiją, to ich. Jak to jest, ze jednym włazą, a innym nie?"
"Wiesz co? na blogu to opiszę, ale reklamy ci nie zrobię, bo mi wytną - ostrzegłam. "A pisz ile mozesz! - zakrzyknął mój znajomy - Niech ci co knajpy chcą otworzyć i się szybko dorobić, wiedzą, ze to kurwa, bujda jest! Jak mi się przez ten sezon zwróci to co tu utopiłem, to będę szczęśliwym człowiekiem!"
Najedzona i pełna wrażeń poleciałam po syna. Oczywiście natychmiast usłyszałam magiczne słowo "lody". Po drodze wpadliśmy więc do kolejnej znajomej knajpy. Wojtkowi zachciało się siusiu, więc odwiedziliśmy kibelek. Zatkało mnie, chociaz jako córka hotelarzy niejedno w życiu widziałam. Zamiast rury spustowej był rowek, wpadający nie wiadomo gdzie, Co płynęło rowkiem - łatwo zgadnąć. Wszystko to na zapleczu kuchni, w ktorej zza uchylonych drzwi dostrzegłam dziewczynę, płuczącą talerze w zimnej wodzie. Druga, w nieprawdopodobnie brudnym fartuchu rzucała kawałki salami na pizzę.
Wyborcza kłamie, a my po lody poszliśmy do sklepu.


Komentarze
Pokaż komentarze (5)