Cały dzień spędziłam w rozjazdach. Do tego nie ze swojej winy. Najpierw zadzwoniła księgowa, zasypując mnie tysiącami nierozwiązywalnych problemow. Księgową wzięłam z łapanki, bardziej sugerując się tym, ze blisko mieszka, niz jej umiejetnościami, które okazały się dramatyczne. Poodbierałam papierki z ZUS-u, fiskusa i z gminy, wypełniłam, co miałam wypełnić, zapłaciłam księgowej za to, czego nie zrobiła (obyło się bez rozlewu krwi) i pognałam po dostawy. Pozwoziłam wszystko do domu, zostawiając moją matkę na pastwę niemieckich wycieczek, które nie zważając na deszcz przyleciały podziwiać cerkiewkę. Wycieczki, zaopatrzone suto przez matkę w kopie ikon, sznury paciorków wszelakich, kolczyki i inne utensylia, opite sokiem i najedzone jabłkami (z Biedronki), opuściły nas jakoś tuż przed zmrokiem. Wyglada na to, ze interes zaczyna się rozkręcać. Oby tak dalej.
Mama walczyła z wycieczkami i idiotyczną kasa fiskalną, a ja pojechałam po szyldy i banery. Fantastyczny, pozytywnie zakręcony właściel firmy robiącej wszystko, czego mozna zapragnąć w reklamie, oprowadzał mnie przez godzinę po swoim królestwie. Fantazja! Drukarki wielkoformatowe, plotery... Usiedliśmy na stosie jakiś druków i gadaliśmy, jakbyśmy znali się od 100 lat. Przy okazji mój gospodarz kupił ode mnie kilka par kolczyków, które miałam w samochodzie (z lekka marzą) i obniżył mi ceny za reklamy (w granicach rozsądku). Oboje wyszliśmy na swoje i oboje zyskaliśmy klientów.
Ledwo wpadłam do domu przyjechał Artysta. Gdzieś dorwał moja stronę i uznał, ze wepchnie mi kilka dzieł z pogranicza malarstwa i rzeźby. Pierwsze przedstawiało chyba świątka jakiegoś, wykonanego oryginalną techniką nalepiania papieru toaletowego na zagruntowane płotno. Facet z lekka mnie wystraszył, bo dziwadło miało niemal dwa metry wysokości i z półtora szerokości. Drugie było chyba aktem, jakby diabła, w odcienich zółci i fioletu. Trzeciego nie obejrzałam. Artysta spakował swoje arcydzieła, oznajmił mi, ze ludzie się na sztuce nie wyznają, bo nikt nie chce tego kupić (no myślę - jedna sztuka "sztuki" 5000 złotych!) i pojechał.
Wydłubywałam właśnie galaretkę z nózek z miski, kiedy pojawił się Rysio. "Hak młoda masz - wrzasnął na przywitanie - Co patrzysz?! Samochodowy masz?!" Mam. Po chwili jechałam z Rysiem do lasu po jakiś wertepach. Rysio klął na czym świat stoi: "Dąb na słupki mieli przywieźć, co go od leśnictwa kupił, zeby ich... - warczał - jak na kradzione jadą, to nic im się nie dzieje, a jak ociec legalnie, za piniadze, to zawzdy coś!" W lesie stał rozkraczony merc Rysia, z doczepioną przyczepką zapakowana słupkami. Obok kręcili się zafrasowani synowie Rysia, w liczbie trzech. "Traktora nie dostanieta - wydarł się Rysio - Trza było od razu brać, a nie samochodem, jak jakies pany. Przyczepkę mi do domu przyciągnąć, ale migiem!!! Wygodnie wam w dupy było, to się tera szarpta!" Przyhaczyliśmy merca do mojego pasata i ruszyliśmy przez mostek do Rysia. Mostek, to obraz nędzy i rozpaczy - dziura na dziurze, deski latają. Do Rysia codziennie przyjezdzają cysterny po mleko, Rysio wozi tędy wyładowane naczepy, jego nieliczni sąsiedzi (za rzeka niemal nikt nie mieszka) tez maja gospodarstwa, krowy, konie. Mostek padl niemal natychmiast po remoncie. Zostawiłam merca i Rysia, ignorując kilka rozpaczliwych telefonów od księgowej, która znowu cos zgubiła i ruszyłam do domu. Na mostku - bach. Zarwała się deska, a ja w powstałej dziurze zostawiłam część zawieszenia. Cholera mnie wzięła. Rysiek, ktory obserwował mnie z bramy, zgranął resztę synów i traktor, i wyciągnął samochód z opresji. "Ty się młoda nie martw - bierz ventę, zatankowana, a my tu zrobim - orzekł Rysio.
Reszte dnia spędziłam walcząc z Rysiowym samochodem, który ma jedna fantastyczną zaletę - pod zardzewiałą blacha kryje niesamowity silnik. na pierwszym zakręcie omal się nie zabiłam, bo draństwo ma kopa jak cholera.
Godzinę temu coś znajomo zawarczało na podwórku - Waldek odwiózł mi samochód. Zaprosiłam go do domu. "Ale afera z tym drzewem, co? Ociec się wściekł i pewnie na własnych plecach byśmy to targali, bo z nim żartow nie ma, aleć ty sobie samochód załatwiła na mostku. Zadzwonił, przylecieć kazł. Ale my z tego lasu gnalim! Dobrzeć, ze samochodów ci u nas wiecej niz ludziów, ale ze ociec ci ventę dał... A potem tego starego pasata rozkrecilim, co trza było wymienilim i masz. Jeszczeć ci filter od paliwa zmienilim, bo się dusiła gadzina. Wsie latalim. Jendrek podskoczył, ze niby do dziewuchy ma jechać, to ociec za łańcuch złapał. To co, ja vente wezmnę. A piniadzów ty mi nie wciskaj, bo ociec z tym łańcuchem nie zartował. A! Ropym ci nalali. Niby tej wiesz..."
Wsiadłam do pasata, zeby zobaczyć, co się z nim dzieje. Jeździ jak złoto, w końcu zapala, bo oprócz filtra Rysiek wymienił zbublowana stacyjkę. Jak oni to zrobili - pojęcia nia mam. Bak pełny, ropa wprawdzie trefna, ale co z tego. A na schowku Rysiek nakleił mi Św. Krzysztofa.
I niech mi ktoś powie, że Mazury to był zły wybór...
Pomijając księgową, oczywiście....
Follow - bardzo Ci dziękuję za pomoc.
ółółeremię
żaba zażółciła pożółkłe żeremie


Komentarze
Pokaż komentarze (18)