Bycie beneficjentem kredytu z Unii Europejskiej, to zadanie nie lada. Niestety - mam taki kredyt, wzięty z Urzędu Pracy.
Kredyt jest zastanawiający, ale nie miałam wyjścia i wziąć go musiałam. Teraz po niewczasie dochodzę do wniosku, że lepiej byłoby zapożyczyć się u rodziny i znajomych. Mądry Polak po szkodzie.
Z kredytu kupiłam samochód. Problem w tym, że bez homologacji dostawczej do 3 i pół tony, czyli bez osławionej kratki. Raz, że samochodów z kratką w przyzwoitym stanie nie uświadczysz, dwa - są droższe i to znacznie od tych bez kratki. Na kratkę z kredytu - a właściwie jego części przeznaczonej na samochód - byłabym się nie wyrobiła. No tak, ale Unia via Urząd Pracy żąda rozliczenia z samochodu z kratką. Nawet w umowie zapisane jest jak wół „zakup samochodu z homologacją dostawczą do 3 i pół tony”. Ktoś mi podpowiedział, że kratkę można założyć i podał mi numer telefonu.
Odebrał właściciel firmy handlującej oponami, która jako uboczną działalność ma legalizację kretyńskiej kratki. Sprawa wygląda tak: najpierw muszę znaleźć chętnego dealera mojej marki samochodów.
Znalazłam dealera w Olsztynie, oswoiłam go, przez godzinę ględząc z nim na swój koszt przez telefon. Dealer w końcu oznajmił mi, że kratki on wstawić nie może, bo do Volkswagenów wstawiają we Wrocławiu. Sama tam z samochodem jechać nie mogę, muszę to załatwić przez dealera, który pozbiera kilku takich głupków jak ja, zapakuje złom na lawetę i zawiezie. Tam kratkę założą, ale nie wiadomo kiedy, bo mają sporo chętnych wariatów. Lepiej, żebym zadzwoniła.
Kolejny właściciel został oswojony. „Jaka pani chce kratkę? - zapytał. No jak, „jaką”. No, taką z tyłu, za bagażnikiem... „Oferujemy różne kratki - na rolecie, na szynach, stałe, jedynie na środku, na całą szerokość... To jaką by pani chciała? Polecam na rolecie - to taka siatka, zwija się pod sufitem i nie przeszkadza.” Jasna cholera, dziwo jakieś, ale w końcu stanęło na takiej z roletą. Pan obiecał, że sprawę załatwi bez kolejki. Zwijana kratka kosztować mnie będzie 500 złotych.
Dzwonię do dealera z Olsztyna, tłumaczę, o co chodzi. „Fajnie, to może i inne z transportu mi szybko przepchną, to nie musiałbym dwa razy do Wrocka obracać - ucieszył się dealer - Teraz niech pani zadzwoni do stacji homologacji, tej od opon i dogra sprawę. Mam już trzy do homologacji, jeszcze ze trzy i jedziemy. Zadzwonię i powiem kiedy ma pani samochód przywieźć. U nas trzy stówy pani zostawia.”
Dzwonię do wulkanizacji od legalizacji kratek. „Sprawy żadnej nie ma - oświadczył mi właściciel - jak w dowodzie się odejmie to co z F od tego niżej i jest powyżej pół tony, no i kratkę pani będzie miała, to wbijamy pieczątkę i szlus! 363 złote to kosztuje.” Nerwowo sprawdziłam, czy różnica się zgadza. Jest! Ufff....
Jakoś tak po drodze zadzwonił Urząd Pracy, przypominając mi, że nadchodzi termin rozliczenia. Świetnie, a ja się z homologacją jeszcze bujam. Szczęśliwi dla mnie nawalił Urząd Statystyczny....
Każda firma w Polsce, z nieznanych nikomu powodów, opisana jest mnóstwem numerków. Jednym z nich jest Regon, przyznawany przez Urząd Statystyczny. Na co to komu - nie wiem i wolę nie wiedzieć, bo pewnie szlag by mnie trafił. W kwietniu tego roku zmieniły się przepisy dotyczące rejestracji firm. Ponieważ jestem wyjątkowym pechowcem, rzecz jasna akurat musiałam trafić na coś, co zwie się „jednym okienkiem Palikota” - teoria dziwadła jest taka, że przyszły przedsiębiorca ma wszystko załatwić w jednym okienku w gminie. Z praktyką gorzej. Przez pierwszy miesiąc przepisy i papierki zmieniały się z godziny na godzinę, nikt nic nie wiedział, a ja latałam po rozmaitych urzędach z puchnącym stosem pitopodnej makulatury.
Kiedyś Regon można było załatwić od ręki, teraz trzeba liczyć na łaskawość Urzędu Statystycznego, który dostaje papierki z gminy, wrzuca je na stos i „sukcesywnie nadaje numery”. Mój Regon pojawił się po 5 tygodniach, co zablokowało mi wszystko – nie mogłam wystawić faktury, wyrobić niezwykle cennej pieczątki firmowej, etc. Klęłam, ale teraz się z tego cieszę, bo mogę w ten sposób wybrnąć z problemu natychmiastowego rozliczenia kasy z Unii - nie miała Regonu, więc nie mogłam wydać kasy, bo nie miałam Regonu. Kółko się zamyka. Wysmażyłam dramatyczna opowieść o Regonie, wysłałam ją listem poleconym do Urzędu Pracy i udało się! Termin został przesunięty, a ja mogę wypchnąć samochód do Wrocławia. Będę jeździć rowerem - zdrowiej.
Gdyby ktoś z Was upadł na głowę i zakładał własną działalność - służę pomocą. Udało mi się wyczaić kilka sztuczek, dzięki którym można to jakoś przeżyć.


Komentarze
Pokaż komentarze (2)