Lokal w sasiedniej wsi raczej świeci pustkami - zawiozłam rodziców na głosowanie, klapnęłam sobie po daszkiem u wejścia do szkoły, bo lało i przygadałam sobie kilku sąsiadów. Agitacji nie było, bo kandydatów i tak nikt nie znał, to i nie było na kogo namawiać.
W samym lokalu kompletne rozprzęzenie - kawa, herbata, cisteczka... Matka z przewodniczacym komisji omawiała spokojnie jakieś problemy dotyczące sadzenia kwiatków, ojciec pokazywał mojemu synowi wystawkę prac plastyczny w korytarzu. Spokój i cisza.
Po daszkiem trwała ożywiona dyskusja na temat bankructwa sklepiku z pekeflejszem do krowich wymion i środkami ochrony roślin.Na jego miejscu powstał skład materiałów budowlanych, z czego wysnuto wniosek, ze rolnictwo pada, a budowlanka ma się coraz lepiej.
Matka skończyła rozprawiać o kwiatkach, zapakowałam całe towarzystwo do samochodu i pojechaliśmy do domu. "Na kogo głosowaliście - zapytałam. "A, na jakiegoś faceta... Czy to ma jakies znaczenie?..."
Żadnego, przynajmniej dla mnie. Nie głosowałam.


Komentarze
Pokaż komentarze (24)