Kilka dni temu jadę sobie przez wieś i co widzę - kilku facetów rozbiera na części nasz drewniany mostek! Wylazłam z samochodu, bo wszystko wskazywało na to, ze albo wandale, albo ekipa remontowa. Okazało się, ze to drugie - panowie zostali tu skierowani w celu połatania wiekowych dziur. Dziury były niemal historyczne - od kilku lat zostawialiśmy w nich fragmenty samochodów, a nasze dzieci sprytnie łowiły przez nie ryby, leząc na mostku na brzuchu.
Panowie zabrali się do pracy fachowo - zdarli wszystko, łacznie z belkami i pojechali do domu. Zostały przęsła i resztki balustrady. Pierwszy w pułapkę złapał się kierowca cysterny z mlekiem - dojechał do mostku i ugrzązł, bo na wąskiej drodze nie miał jak zawrócić. Przy pomocy Rysia, który mieszka nieopodal, cięzarówę wyciagnięto. Po kilku godzinach utknął niemiecki autokar. Panów z ekipy nadal nie było. W końcu pojawili się, przybili poprzeczne belki i tradycyjnie pojechali do domu. Tym razem naciął się Rysio, który na pamięć wjechał w mostek i zawisł przednimi kołami w przerwie między belkami. Rysio miotając gromy, przy pomocy synów wyciągnął samochód, po czym w poprzek mostku powiesił sznurek z powiewającą szmatą.
Panowie przez kilka dni nie pojawiali się w naszej okolicy. Wreszcie gruchnęła wieść, ze są i robią. Dla nas wszystkich mostek jest sprawą szalenie ważną, bo bez niego trzeba nadkładać kilkanaście kilometrów po nieprawdopodobnych wykrotach i wybojach. Panowie przybili deski, obłożyli je wysmołowaną papą, przyjęli od tubylców wyrazy wdzięczności w postaci stakańczyka z zagrychą i zniknęli. Papa leżała, na szczęście słońca nie było, to lepik z niej nie ciekł. Kontakty towarzyskie z tymi zza rzeki niemal zupełnie ustały.
Panowie pojawili się jakoś po dwóch, czy trzech dniach. Na papę nabili kolejną warstwę desek, co zajęło im kolejne dwa dni. Lało, więc prace były przerywane co jakiś czas. Co dziwniejsze - po nabiciu desek lepik zaczął ciec na potęgę. Nam to specjalnie nie przeszkadzało, ale uczestnicy spływów kajakowych przepływający pod mostem z jakiś przyczyn szalenie się denerwowali. Szef ekipy z filozoficznym spokojem tłumaczył, ze jak wycieknie, co ma wyciec, to ciec przestanie. Rysio dostał pozwolenie na przegonienie przez mostek krów i w ten sposób odnowioną przeprawę nieoficjalnie otwarto. Panowie zabrali co mieli zabrać i odjechali, pozostawiając na mostku dwie belki w charakterze szlabanu. Podobno tym razem mamy czekać na burmistrza, który cudo otworzy już oficjalnie.
Na burmistrza się nie doczekaliśmy. Moze zresztą był, ale Kaziutek własnie płoty stawiał, a te dwie belki - długie, całkiem ładne - były mu jak znalazł. Belki zostały sprywatyzowane, a my juz niemal całkiem w zgodzie z prawem jeździmy sobie w te i we wte. No - jeździliśmy, bo facet od cysterny złamał dwie deski i zrobiła się zupełnie nowa dzura, z czego najbardziej zadowolone są dzieciaki, bo wreszcie mogą po staremu łowić ryby, leząc wygodnie na brzuchach...


Komentarze
Pokaż komentarze (1)