Michael Jackson nie żyje... Sytuacja jest o tyle absurdalna, że ruszyło mnie coś, co nie powinno mnie ruszyć. Nie przepadałam za Jacksonem. Oczywiście - słuchałam go i znałam jego piosenki. Trudno nie znać czegoś, co słyszy się po kilkanascie razy dziennie we wszystkich możliwych stacjach radiowych. Uświadomiłam sobie jednak, że Jackson już nie zaśpiewa i nie zatańczy, a te piosenki, które znamy będą nam towarzyszyć jeszcze przez długie lata. Bo Jackson jest w jakimś sensie nieśmiertelny, a jego piosenek będzie pewnie słuchał jeszcze mój syn.
No cóż - nie przepadałam za nim, ale jego muzyka towarzyszyła mi w samochodzie, przy gotowaniu obiadu, w trakcie jakiś imprez towarzyskich, u fryzjera i w tysiącu innych miejscach i sytuacjach. W jakimś sensie stał się w ten sposób cząstką mojego życia, ze wszystkimi swoimi dziwactwami, operacjami plastycznymi i wybielaniem skóry. Towarzyszył mi tyle lat, teraz ja mogę potowarzyszyć jemu, razem z milionami ludzi na całym świecie. Tyle mogę zrobić, więc siedzę i ogladam CNN, jak zwykle niezawodne. Patrzę na tłumy wokół szpitala w Los Angeles, słucham szalenie przejętego dziennikarza, obecnego na miejscu i żegnam pewną epokę. "Miałam bilety na jego koncert w Londynie - raportuje mi zapłakana córka przyjaciółki - Marzyłam o tym!" Dziewczynka ma 14 lat, miała jechac z mamą i zafascynowana oglądać show 50 letniego pana, z twarzą lalki Barbie, poruszającego się jak baletmistrz. Nie zobaczy, to już zamknięty rozdział. Szkoda...
This is it.


Komentarze
Pokaż komentarze