Voit Voit
46
BLOG

Nauka latania

Voit Voit Rozmaitości Obserwuj notkę 6

Kilka lat temu mój syn postanowił zacząć chodzić. Wstał całkiem pewnie z pupy, rozpędził się i po kilku metrach gruchnął jak długi pod kominkiem. Sprawę uznał za niepotrzebną do życia (wszak matka ma nogi, więc po co on ma używac swoich), a na dodatek wyjatkowo ryzykowną. Po odpowiedniej porcji ryku postanowił nie chodzić i tak mu zostało przez następne kilka miesięcy.

W końcu udalo się jakoś mniej lub bardzie pewnie, ale za to szalenie ostrażnie stawiać kroki. Po kilku latach, kiedy już maluch obiegł wszystkie drzewa i płoty w okolicy, zapragnął dostać rower. Dostał, całkiem fajny, a przy tym niezniszczalny, jako że Młody ma tendencje destrukcyjne. Jest to jedyne znane mi dziecko, które popsuło potwornej wielkości stalowe imado stolarskie.

Rower okazał się przedmiotem szalenie niebezpiecznym, a na dodatek równie skomplikowanym, więc mój syn ogranicza się do sporadycznego prowadzenia pojazdu za kierownicę i to tylko wtedy, kiedy zostanie o to usilnie poproszony. Resztę czasu rower spędza sobie w garażu. Poza tym okazało się ze jest popsuty - nie jeździ sam, a przecież, kiedy Voit jedzie z mamą (czyli ze mną) rowerem, to ustrojstwo jedzie samo (czytaj -  ma napęd na mamusię). Ogólnie przedmiot jest niezbyt praktyczny, nieprzydatny, a przy tym męczący.

Kilka dni temu nasze boćki zaczęły naukę fruwania. Wygladało to przezabawnie, bo boćków małych jest trzy, a edukowały się naraz, więc nieustająco wpadały na siebie w gnieździe. Ich matka ze stoickim spokojem przygladała się temu siedząc na kalenicy naszych sąsiadów i ku ich rozpaczy obsrywając im śliczny, dachówkowy dach. Moje dziecko było absolutnie zafascynowane i na fali bocków postanowiło spróbować swoich sił na rowerze. Z pedałami były niejakie kłopoty, bo za Chiny nie chciały się obracać, a jeśli już się obracały, to tylko wtedy, kiedy kręciło się je ręką. To też było niepraktyczne, bo  żeby sięgnąć ręką do pedałów, trzeba było zleźć z roweru. W końcu pojazd zdzielił syna w głowę i przy akompaniamencie ryku powedrował do garażu. 

Boćki nadal uczyły się latać, a Voit, uzbrojony w lornetkę dziadka obserwował ich poczynania z pnia jabłoni. "Głupie są-  orzekł i zaczął wrzeszczeć - Bociek, mocniej machaj!  Mocniej!" Boćki miały dobre rady w kuprach, a Voit uznał, że może uda się okiełznać niepokorny rower. W tym celu przymocował do kierownicy latawiec i poprowadził całość do sadu. Do koszyka wsadził lornetkę dziadka.

Sad to pojęcie dość ogólne -  kiedyś rosło tam mnóstwo starych, stuletnich jabłoni i gruszy, ale pewnego roku wszystkie wymarły. Teraz na środku stoi duża, szczepiona jabłoń, zupełnie sama. Resztę porasta łaka, teraz skoszona. Dziecko rozpędziło pojazd, jakimś cudem wskoczyło na siodełko i pooooszłooo w stronę odległej, samotnej jabłonki... Potem był huk, ryk i kilka guzów wielkości śliwki. Oprócz tego był wrak roweru i szczątki lornetki dziadka. Ocalał tylko latawiec. 

Na guzy najlepsze są mrożonki z Hortexu owinięte papierowymi ręcznikami, więc z tym uporaliśmy się dość szybko. Jureczek zajął się scentrowanymi kołami, dziadek wyrzucił zdewastowaną lornetkę. Latawiec syn kazał schować, bo podejrzewał go o spowodowanie swojego pierwszego w życiu wypadku rowerowego. 

Z mrożonkami na głowie, obwiązanymi szalem babci, żeby nie spadły poszliśmy do sadu obejrzeć miejsce zdarzenia. Oglądaliśmy właśnie pień drzewa (Voit bardzo się sprawą przejął i uznał, że jabłonka też ma guzy i trzeba ją ratować, wię przyczepiliśmy do jakiejś gałęzi paczkę marchewki z groszkiem na wszelki wypadek), a tu nad naszymi głowami przeleciało... 5 boćków. Trzy małe i dwa duże. Syn przygladał się temu z wyraźnym niesmakiem: "Jakby miały rower, to by nie poleciały... Mądre te boćki. Jutro ja też będę latał, tylko rower wyrzucę jak dziadek lornetkę!" Włos mi się zjeżył na głowie, bo pomysły mojego dziecka są trudne do przewidzenia i może mu się zachcieć latać z dachu na przykład. Zanim zaczęłam nudną mowę pedagogiczną (jestem w tym fatalna -  najczęściej w połowie zasypiam), boćki zaczęły lądować. Cztery wylądowały bez problemu, za to piąty potknął się o własne nogi, wywinął werfla i z lakka otumianiony klapnał kuprem o glebę. "Dawaj szpinak -  zaordynował syn -  babcia ma w zamrażarce. I wiesz co? Rozmyśliłem się. Nie będę latać." Ufff...

 

nauka latania 


 

Voit
O mnie Voit

Kogo banuję - przede wszystkim chamów, nudziarzy, domorosłych psychologów i detektywów-amatorów. To mój blog i to ja decyduję, kto tu będzie komentował. Powinnam to zrobić dawno, teraz zabieram się za porządki. Dyskusja - proszę bardzo, może być na wysokich tonach, ale chamstwo i nudziarstwo zdecydowanie nie. Anka Grzybowska Utwórz swoją wizytówkę

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (6)

Inne tematy w dziale Rozmaitości