Voit Voit
95
BLOG

Będąc mamą na pełnym etacie

Voit Voit Rozmaitości Obserwuj notkę 5

Fantastyczny i szalenie ciepły blog uroczej Pani Łyżeczki natchnął mnie do opisania traumatycznych przeżyć mojej dwuosobowej rodziny. Będzie i straszno i śmieszno.

Moj syn ma w tej chwili niemal 5 lat i jest błękitnookim blondynkiem o zwodniczo anielskiej urodzie. Wychowuję go sama (no, prawie, bo mieszkamy z dziadkami, ale oni na szczęście w wychowanie syna się nie wtrącają) na końcu świata, gdzie wrony zawracają. Topografia terenu -  co ważne dla poniższych opowieści -  jest taka: mieszkamy półtora kilometra od wsi, w malutkim prysiółku skladającym się z 8 domów, z których tylko 4 są zamiaszkałe na stałe. W dwóch mieszjkają letnicy, a dwa stoją puste - rodziny podrzynają sobie gardła o spadek. Środkiem biegnie wąska droga (ta w zielonym tulelu), będąca świetnym skrótem do Mikołajek, więc w weekendy mamy tu własną Marszałkowską. Otaczają nas pola, popstrzone małymi sadzawkami, dalej jest jezioro, 200 metrów od domu przepaścisty, groźny las. Mamy dwa psy, niedawno musieliśmy uśpić naszą ukochaną, kaleką suczkę Misię jeżdżącą na wóceczku inwalidzkim po bliskim spotkaniu z łopatą poprzedniego właściciela. Jeden z naszych psów to alaska malamut imieniem Luna, drugi -  ryży kundel Jeżowaty. Są jeszcze dwa koty; Mała Kota i Duża Kota, obie białe w bure łaty.

Wprowadziliśmy się tu 27 grudnia 2007 roku. Zima była makabryczna, ale jaoś udało nam się ja przeżyć. Przyszła wiosna, Wojtek (to stąd mój nick -  Voit -  anglosasi imienia mojego dziecka nie wmawiają i mówią na niego Adalbert, co przyprawia mnie o mdłości) miał trochę ponad dwa latka. Posesja jest ogrodzona, syn bawił się w piaskownicy pod opieka babci. Robiłam jakiś obiad, aż tu nagle z podwórka dochodzi mnie potworny krzyk. Wypadłam na dwór z garnkiem w ręku, oblewając się przy okazji wrzątkiem z ziemniaków. Mama stała jak skamieniała, dziecka nie było. Matka nie przestawała krzyczeć, więc niczego nie można się było dowiedzieć. W przerwie na oddech ryknęłam dzikim głosem, matka oprzytomniała: "Był tu chwile temu! Nie ma!"

Przeszukanie posesji i budynków gospodarskich nic nie dało, dziadek -  koloru ściany -  złapał za telefon, ja ognałam na drogę. Wizja rozjechanego dziecka była koszmarna. Przebiłam się przez sznur weekendowych samochodów i zaczęłam wzywac sąsiadów., Przyleciał kto żyw. Przeszukaliśmy wszystko -  Misia, dzielnie drepcząc na wózeczku topiła pobocze, Luna latała jak szlona. Tylko moi rodzice nie byli w stanie wykonać najmniejszego ruchu. Dekarze, pokrywający dach sąsiadów zaczęli krzyczeć, że widzieli małe dziecko idące w stronę potężnej sadzawki sąsiadów-dziennikarzy. Niewiele myśląc wskoczyłam do wody, dość głebokiej, nadeptując na jakieś małe coś miękkiego. Wyłowiłam z e zjeżonym włosem.  Truchło kota. Mało zwłok z radości nie ucałowałam. Wojtka nie było. Przelatywałam od podwórka do podwórka, wszyscy oblatywali bajorka, strychy, kilkanaście osób z psami poszło do lasu. Wezwani przez ojca policjanci wyprowadzili swoje psy z samochodu. Nic. Ściągnięto płetwonurków, a ja cały czas wiedziałam, że mojemu dziecku nic nie jest: "Przecież jak umierał jego ojciec, wiedziałam. Teraz też czułabym, że nie żyje. To niemożliwe!" Ktoś widział, jak jacyś ludzie w Punto zabierali jakieś dziecko z drogi. Nikt nie pamiętał rejestracji. Zgroza, to mało.

Po kilku godzinach, potwornie zmęczona usiadłam pod szopą na narzędzia sąsiadki-dziennikarki. Misia zaczęła rozpaczliwie skrobać w drzwi. Otwieram, a tam... mój syn! Cały i zdrowy, usiłuje wyciągnąć z pieńka ogromną siekierę. :"O! Anka! -  ucieszył się wyraźniej (przez pierwsze trzy lata mówił do mnie O! albo po imieniu). Nie wiem, czy wiecie, co to jest ulga. To taki moment, kiedy świat ma dziwne barwy, strasznie nasycone, a ja widziałam buzię mojego dziecka, umorusana i strzasznie szczęśliwą. Kiedy przyniosłam go do domu, powitały go brawa, zakończone łomotem. Moja matka zemdlała.

***

Wojtek miał niecałe dwa lata -  pojechaliśmy z jego ojcem po zakupy do Auchan w Piasecznie. Wojtek został zapakowany do sklepowego wózka, dla pewności przypięty pasami. Stanęliśmy pod kasą, obok której z jakiś przyczyn piętrzyła się piramida dużych butki z olejem. Za nami zaparkowała jakaś mama z młodą damą w sklepowym wózku. Dama wygląd miała bandycki i była w wieku naszego syna.  Rozmawiałam z mamą młodej damy, a ta ostatnia zawarła bliższą znajomość z Wojtkiem. Po chwili pokazała mu, jak się odpina pasy. Od pomysłu do przemysłu i zanim się zorientowałyśmy, dzieciaki były na podłodze, tuż koło olejowej piramidy. "Da ci to -  oznajmił Wojtek i razem z koleżanką szarpnął najniżej stojącą butlę. Nie mam pojęcia, jak udało mi się szupakiem wypchnąć oboje spod walących się butelek, grunt, że nic im się nie stało. Za to ja miałam na sobie kilkadziesiąt litrów oleistej cieczy, podobnie jak połowa kolejki. Kasa też była zalana. Awantura, jak się po tym rozpętała, była niesamowita. Omal nie zabiłyśmy we dwie szefa zmiany -  ustawianie takich piramid tam, gdzie mogą byc dzeici, to skandal! Fakt, że tylko nasze dzieci wpadły na pomysł, jak konstrukcje zlikwidować, jakoś nie zrobił na mnie wrażenia. Miałam mord w oczach. Dzieciaki były całe szczęśliwe, my mniej i skończyło się na pilnym wezwaniu domowego adwokata, który grożąc Auchan wszelkiemi możliwymi konsekwencjami doprowadził do tego, że wszycy oszkodowani otrzymali swoje zakupy -  zdjęte prosto z półek -  nieodpłatnie, a my na dokładkę dostałyśmy ciuchy do przebrania i liczne przeprosiny. I tak za wypchany wózek i nową garderobę nie zapłaciłam ani grosza. Dzieci, to fajna sprawa.

***

To samo Auchan, kilka tygodni później -  idziemy kupować pokarm dla szczura. Wojtek zabuszował gzieś pośród klatek, najbardziej spodobały mu się ptaszydła. Klatka była zamknięta na skobelek, a w środku darły się roje papug. 

"Proszę pani, jakiś ptak mi brzydko na rękaw zrobił -  oskarżyła sie pracownicy jakaś jejmość, pokazując zupełnie świeże ptasie gówienko na rękawie żakietu. "Może gołąb na dworze -  z uśmiechem odpowiedziała sprzedawczyni i spojrzała na sufit. Ptaszysk -  bardzo kolorowych, siedziało tam kilkanaście.  Przeważnie papug. "O kur.... -  złapała się za głowę sprzedawczyni.

"Wojtek?! - zapytał tata -  Skąd te ptaki?"

"Zrobiły frrrry -  wyjaśnił syn.

Ze sklepu zoologicznego czmychaliśmy w niesamowitym tempie.

***

Pewnego dnia pojechaliśmy po pomidory do Maryśki. Zapakowała nam je w spory koszyk, koło którego kręcił się mój zaaferowany syn. W połowie drogi koszyk i jego zawartość zaczęły się ruszać -  ki diabeł? Zajrzałam do środka - korzystjąc z naszej nieuwagi, Wojtek pod pomidorami schował trzy małe, bure koty. "Nase -  oświadczył - Znalazłem." Koty ddaliśmy, a Wojtek obiecał, że bez zgody mamy kolejnego zwierzaka nie przyniesie.

***

"Mamam! Leklamy nie kłamią -  wrzasnęło rozradowane dziecko. "Jezus maria -  weterynarza wzywaj -  zawtórowała mu moja matka. Sytuacja wygladała podejrzanie. Po krzyczącej dwojce do pokoju wpadł równie wrzeszczący kot, z czymś, co wystawało mu spod ogona. Bateria Duracell... I wszystko jasne. Kotu pomogłam we własnym zakresie.

***

Jakiś czas temu Wojtek postanowił zgłębić zwyczaje bobrów z końca sadu. W tym celu zaczaił się za kępą, z lornetką w garści (wtedy jeszcze była czynna) w obstawie Luny i Jeżowatego. Koty też się przyłączyły. Zaglądałam co kilka minut, żeby zobaczyć, czy wszystko w porządku. Było aż nad podziw spokojnie. Każda matka wie, że jeśli zapada cisza, to trzeba natycchmiast interweniować, ale mnie zawiódł instynkt. Po pół godzinie przyszedł syn -  kompletnie mokry. W czasie przebierania wypytywal mnie bardzo dokładnie o żywieniowe preferencje bobrów. "Kora jest wstrętna i one sa głodne -  powiedział zamyślony.

Po jakimś czasie przyszła moja matka: "Koty! To wszystko te koty! -  zaczęła dramatycznie - Wszyystko zginęło! Z zamrażalnika i z lodówki." Jakim cudem koty otworzyły potężny zamrażalnik, i do tego wyczyściły lodówkę? Do tego najwyraźniej po złodziejstwie wszystko spakowały do kosza na bieliznę...

"Mama, karkówki to bobry nie lubią, dałem pieskom. Pierogów babci też nie. No i kiełbasy i wędlinki. Chlebek im dałem i ciasto. Może być?" 

Dla mojej mamy zagadka pozostała nierozwiązana.

***

Tuż przed sianokosami, Wojtek poszedł zwiedzać łąkę, otaczającą nasz dom. Towarzyszyła mu 15 letnia córka sąsiadów. Wpada po jakimś czasie z wrzaskiem, ze Wojtek jest, ale go nie widzi i nie może znaleźć. Poleciałam. Trawa sięgała mi do ramion, ledwo coś widziałam. Wołam, krzyczę - odzywa się, ale gdzie -  diabli wiedzą. Po pół godzinie latania w te i we wte wpadłam na coś dzieckopodobnego. Wojtek. Okazało się, że właśnie wstąpił do oddziałów specjalnych i wypróbowywał kamuflarz.

***

Jakoś z miesiąc temu w nocy obudziły mnie dziwne dźwięki. Syna nie było, więc poszłam na poszukiwania. Zapalam światło w kuchni i widzę coś takiego: na środku podłogi lezy kilka rozerwanych torebek z mąką, wokół porozbijane jajka w skorupkach, całość upaćkana jest miodem wylanym dokładnie z pięciolitrowego garnca. W tym tkwią ogórki małosolne, pomidory i coś różowego, jakby dżem. Szafki i stół przykrywa gruba warstwa cukru wymieszanego z herbatą i kawą. Z zatkanego zlewu na podłogę leje się woda, a w zlewie piętrzą się potłuczone naczynia. W pierwszym momencie podejrzewałam jakieś dziwne włamanie...

Spod stołu wylazło moje dziecko, przedstawiające sobą obraz nędzy i rozpaczy: "Cieszysz się -  zapytało ze zwodniczo anielską miną -  Za wcześnie przyszłaś, właśnie robię ci niespodziankę. O -  to są bułeczki na śniadanie -  pokazał brudną łapką na mąkę z miodem i ogórkami -  A tu herbatka, żebyś miała. Chciałem zrobić pizzę, ale dopiero zacząłem i mi przeszkodziłaś. To idź sobie, a ja to dokończę..." Dokończyłam sama - do rana udało mi sie wymieść i wyskrobać kulinarne pomysły syna. Wojtek dzielnie mi pomagał, ale gdzieś w okolicach dźemu zasnął zwinięty w kłębek na wydmie z mąki.

 

No i jak go nie kochać?

Voit
O mnie Voit

Kogo banuję - przede wszystkim chamów, nudziarzy, domorosłych psychologów i detektywów-amatorów. To mój blog i to ja decyduję, kto tu będzie komentował. Powinnam to zrobić dawno, teraz zabieram się za porządki. Dyskusja - proszę bardzo, może być na wysokich tonach, ale chamstwo i nudziarstwo zdecydowanie nie. Anka Grzybowska Utwórz swoją wizytówkę

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (5)

Inne tematy w dziale Rozmaitości