Całe życie chciałam mieć galerię - ot, każdy ma jakiegoś glusia, ja też. Przygotowywałam się do tego długo, kombinowałam i w końcu - jako osoba od trzech lat "bezrobotna" uznałam, że najwyższy czas coś z tym zrobić. Kontaktów miałam od groma, pieniędzy niewiele. Miałam też dobre chęci i sympatyczny punkt we własnym domu. Zaczęło się od dostawców.
Dostawców jest mnóstwo - wszyscy robią biżuterię. W większości niczym nie różniacą się od innej biżuterii robionej przez konkurencję. Ostatnio szalenie popularne są wszelkie kursy dla przyszłych jubilerów, więc biżuteria zasypuje aukcje, sklepy i sklepiki. Przejrzałam kilkadziesiat ofert, mając cały czas uczucie pełnego "deżawi". Koraliki w różnych tonacjach, wisiorki jak wyżej, kolczyki - wszystkie takie same. Nic to - w końcu znalazłam trzy rozsądne osoby, które robią cos fajnego. Kupuję w komis, więc podpisałam umowy. Moja przyjaciółka jest jedną z bardziej znanych malarek na szkle - robi cuda, ale akurat wszystko miała na wystawie. Wyrwałam pazernemu wystawcy jej obrazy, udało mi się w stanie niepotłuczonym przetransportować je z Warszawy na Mazury. Potem reszta - rzeźbiarz ("tylko z drzewa lipowego zbieranego o nowiu") był pełen dobrych chęci, ale rzeźby przepadły w czeluściach Poczty Polskiej i nigdy do mnie nie dotarły. Nie tracę nadziei, że przyjdą. Wikliniarz sam swoje rzeczy przywiózł, zawalając mi dom licznymi koszykami, skrzynkami, wieszaczkami i co mu tam jeszcze przyszło do głowy. Prawosławne dewocjonalia wytrzasnęłam z Hajnówki. Koronki z Wrocławia. grafikę - spod Krakowa. Miła pani z gór robi dla mnie zwierzaki na szydełku- śliczne. Pani z Poznania - wspaniałe, ręcznie malowane jedwabne szale. O innych drobiazgach nie wspomnę.
Sezon ruszył, a ja już w maju udałam sie po szyldy i reklamy. Zamówiłam, zostawiłam całkiem przyzwoitą zaliczkę. Szyld udało mi się wyrwać po miesiącu, co było sukcesem. Gorzej z resztą. Zaganiana nie bardzo miałam czas, żeby się tym zająć. W końcu dzwonię do własciciela firmy - zwariowanego i szalenie sympatycznego choleryka. I tu zaczyna się właściwa opowieść.
Byłam wściekła na maksa, bo leje, ludzi u nas nie ma - zawsze byli - a do tego nie mam tych pieprzonych banerów, więc nie mogą do mnie trafić. Umawiam się z właścicielem firmy reklamowej, lecę. W garści dzierżę flash z projektami. Trafiam na zmaltretowaną żonę właściela, o urodzie zupełnie powalającej z nóg. Coś na pograniczu klasycystycznych kamei i portretów flamandzkich. Zjawisko, w dobrym stylu. W drzwiach oznajmiam, że zaliczkę zostawiłam, ale zgubiłam - tradycyjnie - karteluszkę z pokwitowaniem. Podaję sumę - zero zdziwienia. Skoro twierdzę, że taką zaliczkę dałam, to ją dałam i już. Przez moment zastanowiłam się, co by było, gdybym podała pierwszą lepszą, wyssaną z palca sumę... Ustalamy ceny za banery, mi po drodze trzy razy zmienia się koncepcja, aż w końcy staje na ulotkach reklamowych. Potem uznaję, że nie ulotki, tylko wizytówki, a po przyjściu do domu dochodzę do wniosku, że ulotki. Cierpliwi ludzie, bo jeszcze mnie nie opieprzyli.
Po pierepałakach z szyldem i świętej pamięci banerami postanowiłam więcej tam nie wchodzić. Po porannym pobycie - zmieniłam zdanie. Bedę częstym klientem. Bedę, bo cholernie lubię ludzi, którzy potrafia przyznać się do błędu - zresztą przez nich niezawinionego, bo sprawę pokpił były pracownik - są sympatyczni, mili i cierpliwi. Nie znosze kadzić, a laurki przyprawiają mnie o mdłości, ale tym razem jestem pełna podziwu. Profesjonalne podejście do klienta w Polsce to rzadkość warta wyróżnienia. Chociażby w ten sposób.
Niestety - nie mogę Wam powiedzieć, gdzie znajduje się ta firma - to byłaby kryptoreklama. Mogę za to powiedzieć, że mieści się w czymś w rodzaju stodoły, w centrum naszego najblższego miasteczka, obok karłowatego papieża z kapucynką, którego gdzieś kiedyś opisywałam.
Ledwo dopadłam domu, trafiłam na niemiecką wycieczkę. Niemiecki to język obcy mi w pełnym znaczeniu tego słowa, chociaż przez kilka lat odbębniałam lektorat z tego dziwnego języka. Po angielsku dowiaduję się, że nie można do nas trafić. No, nie można, cholera, bo banery, pracownik... Ale w poniedziałek już będą ulotki! O!
Czar małych miasteczek?...


Komentarze
Pokaż komentarze (11)