Dopóki mieszkałam w Wielkim Mieście, dopóty chadzałam na wszystkie możliwe premiery teatralne. Bilety zdobywałam różnie - a to przez znajomych, a to na bezczelnego, na legitymację dziennikarską. Jeszcze wcześniej po prostu załatwiałam sobie jakieś dostawki, siedziałam na schodach, albo zaprzyjaźniałam się z obsługą techniczną. No cóz - to były czasy, kiedy na bilety nie było mnie po prostu stać. Jeżdziłam do Gardzienic, stałam w tłumie na Teatrze Ósmego Dnia, wpychałam się Żwriblisowi za kulisy Kinoteatru Tęcza (wybacz...), ogladałam mniej lub bardziej udane występy teatrów ulicznych. A potem wylądowałam na antropologii kultury na UW, wówczas jeszcze katedry i zaczęłam rozumieć to, co widzę. Jak mi diabelnie brakuje tych dyskusji i tamtej atmosfery... Teraźniejszgo Kabaretu Moralnego Niepokoju, tych naszych prywatnych niepokojów - jak to będzie po tej "odwilży"? Czy to odwilż, czy polskie ocieplenie?
Pamiętam mój szok, kiedy trafiłam na Ryszarda III do Teatru Polskiego. Potwornego, pokręconego karła grał jeden z najpiękniejszych polskich aktorów - Jan Englert, a partnerowała mu Nina Andrycz w roli Królowej. To jej przedniojezykowe "ł" i nieprawdopodobna, staroświecka elegancja, w zestawieniu z kompletnie ascetyczną dekoracją... I Englert - wspaniały! Ryszard III, taki, jakim go sobie wyobrażałam czytając sztukę Szekspira.
Pamiętam Pana Cogito. Żony Zapasiewicza nie pamiętam, ale pamiętam Zapasiewicza w dekoracji z rozciagniętych sznurków, ograniczających przestrzeń sceniczną, palącego od niechcenie Malboro. Zapadło mi to w pamięć własnie przez to Malboro - siedziałam w trzecim rzędzie i nagle strasznie zachciało mi się palić. Mało profesjonalne podejście do rzeczy. To Marlboro prześladowało mnie do końca sztuki. I bardzo tego monadramu nie lubiłam. Zawsze miałam wrażenie, że był robiony nie dla Herberta, ale dla żony właśnie.
Ja Feuerbach... Mój Boże - legenda. Łomnicki na scenie nagle przywołuje do siebie ptaki. One siadaja mu na ramionach. Siadają, choć ich tam nie ma. Nieprawda - one są - powołał je do życia, dał im niemal cielesną postać. Gdzieś w tle Ryszarda Hanin zamiata podłogę. I znowu Łomnicki, z zawadiackim wasem grajacy Małego Rycerza. A obok niego jego Baśka - Magdalena Zawadzka. I ta ostatnia, niedokończona rola - byłam na tej ostatniej próbie do Króla Leara. Mieszkałam wtedy na warszawskich Jelonkach, tuz obok bloku aktorów z Teatru na Woli i do dzisiaj pamiętam radość niespełnionych mistrzów sceny: "No i dobrze tak skurwielowi. Szlag go trafił!"
O Wajdzie hatko mi pisać - może przez tajemniczą śmierć w domu Karoliny, zatuszowana przez rodzców, może przez bojkot teatralny, który wielu skazał na niebyt. Nie mamy aktorów z temtego pokolenia - utonęli w bezsensownej próbie czego?... Protestu?.. Utonęli w bezsensie i tego nikt nam nie przywróci. Może byli wśród nich następcy Zapasiewicza, Holoubka czy Bardiniego. Tego się już nigdy nie dowiemy. Wajda - cóż .... Ma Oscara i niech na tym poprzestanie,. Zrobił dzieła wiekopomne, to juz wystarczy. Basta.
Zapasiewicza spotkałam prywatnie kilka razy - był przyjacielem opisywanego już przeze mnie Zygmunta Filipowicza. Niedostępny, burkliwy, mrukliwy. Nie byłam dla niego partnerem do rozmowy. Ostatni raz widzałam go chyba na pogrzebie Zygmunta. Kiedy pisałam ten tekst, nie wiedziałam, że bedę niebawem pisać następny z Zygmuntem w tle... Zapasiewicza udało mi się raz doprowadzić go do pasji - przyczepiłam się do jakiejś jego roli w produkcyjniaku, szlag go trafił. To było cos o stoczni, pamiętam, że cały film jacyś ludzie wbijali nity. Koszmar. "Nie pamiętam - mruknął, wyraźnie wkurzony.
Ściągam na emulkach Teatry Telewizji dla mojego syna. Niech wie, że w Polsce istnieje nie tylko Cichopek ale i Kantor, Teatr Ósmego Dnia, Gardzienice, Akt... No i wspaniały Teatr Telewizji... Nich wie, niech chłonie, niech czuje.


Komentarze
Pokaż komentarze (3)